Bramki z plecaków

-Dzieciaki z naszego bloku grały na małym boisku tuż przed oknami. Znaczy, to był po prostu duży trawnik, bramki robiliśmy z plecaków – opowiada Łysy, rocznik 81. Zapytaliśmy go o czasy, kiedy chodził do podstawówki, mieszkał pod adresem aleja Waszyngtona 33, a nikt jeszcze nie przypuszczał, że brzegi pobliskiego jeziorka Balaton zostaną zabudowane.

foto:bloki_to_my

-W więcej osób chodziliśmy grać na duże boisko na górce, przez mostek się szło. Jak ktoś za mocno kopnął piłkę, to lądowała w kanałku. Trzeba było rzucać kamieniami, patykami, czy co tam było pod ręką, żeby dobiła do brzegu. W zimie zjeżdżaliśmy z tej samej górki na sankach, a w zasadzie zwykle na kartonach – braliśmy je z pawilonu, po drugiej stronie bloku.

Blok Łysego jest duży. -Tak, 11 pięter, 5 czy 7 klatek, ja mieszkałem w ostatniej. Obok stoi punktowiec i dalej jeszcze kilka bloków. Dużo dzieciaków. Wszyscy się znaliśmy, pół dnia razem w szkole na Zbaraskiej, a po południu na podwórko. Wszyscy równo – syn lekarza z synem listonosza ramię w ramię konstruowali bączki z zakrętek po wódce.

Różnica między sąsiadami była w zasadzie jedna, ale istotna. Jedna połowa mieszkańców bloku miała balkony wychodzące na wschód, czyli na wyasfaltowany taras, pawilon usługowy i identyczny blok na przeciwko. Druga połowa miała balkony na zachód. -Z okna na 7. piętrze widziałem błonia kamionkowskie, park Skaryszewski i Pałac Kultury – mówi Łysy, który dawno wyniósł się daleko na Zachód – wtedy tego widoku nie doceniałem.foto:bloki_to_my

Ostland

Dzisiaj jest 72 rocznica wybuchu powstania w getcie warszawskim. Pamiętamy bohaterów i to, ilu ludzi tu zginęło. Pamiętamy o wszystkich wywiezionych do Treblinki. Pamiętamy, jak przebiegały granice dzielnicy żydowskiej i wiemy, które bloki stoją na jej miejscu.

Warszawskie getto było największe z tych utworzonych przez nazistów. Największe – znaczy nie jedyne. Pierwsze getto na terenie okupowanej Polski powstało już w październiku 1939 roku – w Piotrkowie Trybunalskim. Ale wszędzie, gdzie dotarły wojska i administracja niemiecka, Żydzi byli zamykani w wyznaczonych i zamkniętych dzielnicach.

Na terenie ZSRR największe getto zostało utworzone w Mińsku – dzisiejszej stolicy Białorusi.

„Mama przyszyła nam wszystkim żółte gwiazdy… Przez kilka dni nikt nie mógł wyjść z domu. Wstydziliśmy się… Jestem już stary, ale pamiętam, jak było nam wstyd… Wszędzie w mieście wisiały ogłoszenia: „Likwidujcie komisarzy i Żydów”, „Uwolnijcie Rosję od władzy żydobolszewików”. Jedną taką ulotkę położyli nam pod drzwiami… Wkrótce rozeszły się słuchy, że amerykańscy Żydzi zbierają złoto, żeby wykupić wszystkich swoich rodaków i przewieźć do Ameryki. Niemcy lubią porządek i nie lubią Żydów, dlatego będziemy musieli przetrwać wojnę w getcie… Ludzie szukali sensu w tym, co się dzieje… jakiejś logiki. Człowiek chciałby zrozumieć nawet piekło. Pamiętam… Dobrze pamiętam, jak nas przesiedlili do getta. Tysiące Żydów szły przez miasto… z dziećmi, z poduszkami… Ja zabrałem, chociaż to śmieszne, swoją kolekcję motyli. Ale to dopiero dzisiaj wydaje mi się śmieszne… Mińszczanie wylegli na ulice: jedni patrzyli na nas z ciekawością, drudzy ze złośliwą satysfakcją, a niektórzy stali zapłakani. Niespecjalnie się wtedy rozglądałem, bałem się zobaczyć kogoś ze znajomych rówieśników. Wstydziłem się… Pamiętam to nieustanne poczucie wstydu…”

– Timerian Zinatow, za: Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand, Wydawnictwo Czarne, 2014 Wołowiec, strona 212.

Mińskie getto zlikwidowano w październiku 1943 roku. Zamieszkujący je Żydzi byli mordowani na miejscu lub wywożeni do obozu śmierci w Małym Trościeńcu. Tylko nielicznym udało się przeżyć.

fot. Mamoń_kierunekwschod

fot. Mamoń_kierunekwschod.blox.pl

Blok w Mińsku. Zdjęcie pochodzi stąd: Kierunek Wschód

Blok nad rzeką Leną

W Warszawie wiosna w pełni. Lada moment na Mokotowie zaczną kwitnąć drzewa owocowe. Czy dla kogoś pierwsze jaskółki mogą zwiastować kłopoty? Po odpowiedź na to pytanie wracamy na Syberię. Pisaliśmy wcześniej, jak wygląda zima w Workucie. A jak jest wiosną w Jakucku?

„W dzielnicy Założnej mróz jest zbawieniem.

Mróz trzyma tu otoczenie, środowisko, glebę w rygorystycznej dyscyplinie, w żelaznym porządku, w mocnej i stabilnej równowadze. Osadzone na zamarzniętej, twardej jak beton ziemi, domy stoją prosto i pewnie, po ulicach można chodzić i jeździć, koła nie grzęzną w oślizłych trzęsawiskach, buty nie zostają w mazistej brei.

Wystarczy jednak (…), żeby przyszło ciepło.

Wypuszczone z uchwytu mrozu domki wiotczeją i osuwają się w głąb ziemi. Domki te już od wielu lat stoją znacznie poniżej poziomu ulicy, ponieważ, postawione kiedyś na wiecznej zmarzlinie, swoim ciepłem wyrobiły sobie w zlodowaciałej glebie nisze, w których z każdym rokiem pogrążają się coraz bardziej. Każdy domek stoi w osobnym i coraz głębszym dołku.jakuck_drewniane

Teraz fala kwietniowego ciepła uderza w dzielnicę Założną i jej koślawe, biedne domki wykrzywiają się, pokracznieją, rozłażą i przysiadają jeszcze niżej w ziemi. Cała dzielnica kurczy się, maleje, zapada tak, że w niektórych miejscach widzimy już tylko dachy – jakby wielka flota łodzi podwodnych stopniowo zanurzała się w morzu. (…)

Przyroda jest na Syberii ekstremalna, wszystko jest tu gwałtowne i skrajne, więc jeżeli błoto w Jakucku zalewa domy, to nie jest to żadne kapanie, ciurkanie rozwodnionej szarociemnej mazi, tylko atak rozpacianej lawiny, która nagle i niepowstrzymanie rusza w kierunku ganków i drzwi, zapełnia przejścia i podwórza. Ulice jakby występują z brzegów i wlewają się do domków Założnej. (…)

Podobnie jak dzielnice slumsów w Ameryce Łacińskiej (Favelas w Rio de Janeiro, Callapas w Santiago de Chile itd.) dzielnica Założna w Jakucku jest zamkniętą strukturą. Bieda, brud i błoto tworzą tu jednolity, koherentny, spójny krajobraz, w którym wszystkie elementy wiążą się wzajemnie, są współzależne. Jak okiem sięgnąć, nie ma tu żadnych kontrastów, żaden symbol dobrobytu nie unosi się ponad pejzaż ubóstwa. Istotą takich zamkniętych struktur jest to, że nie można tu poprawić jakiejś jednej poszczególnej rzeczy – natychmiast na przeszkodzie staną inne elementy i ogniwa struktury. Nie można na przykład sprawić, aby ludzie mieli czyste buty: wszechobecne błocko na to nie pozwoli.

Dzielnicę Założną można tylko zburzyć, a jej mieszkańców przenieść do nowych domów. Rzecz jednak w tym, że te nowe, ostatnio zbudowane domy nie są wiele lepsze. Być może są nawet gorsze. Ledwie zbudowane bloki z wielkiej płyty są już krzywe, popękane, tynk płatami poodpadał ze ścian. Woda ciepła i zimna, cała kanalizacja prowadzona jest rurami, które biegną na zewnątrz domów i przecinają podwórza, place, ulice we wszystkich kierunkach. Rury te, owinięte w pakuły i szmaty, w różne blachy i taśmy metalowe, powiązane dodatkowo drutem i sznurami – widać wszędzie.jakuck_bloki2

Rury często pękają. Jeżeli jest zima (dziewięć miesięcy w roku), w miejscu pęknięcia tworzy się szybko ogromna góra lodowa, której nikt później nie usuwa. Góry te widać to tu, to tam – masywne, ciężkie, połyskujące w słońcu. Ta gmatwanina rur, przewodów, kolanek, kranów, wśród której przechodzą ulice, sprawia, że nowe dzielnice Jakucka wyglądają jak wielkie hale fabryczne, których nie zdążono jeszcze pokryć dachem.

W jednej z takich hal-dzielnic stoi długa, cierpliwa kolejka. Podchodzę bliżej do stoiska, przy którym pracują dwie ubrane w białe fartuchy sprzedawczynie. Chcę zobaczyć, co sprzedają, na co czeka ten tłum skulonych i tupiących nogami ludzi. Sprzedają tort. Jeden rodzaj tortu, jeden typ, z jednym, identycznym wzorkiem z różowego kremu. Tort bierze się ot tak – prosto w ręce. Ciasto nie rozleci się, jest zamarznięte na kość.”*

Powyższy fragment pochodzi z książki Ryszarda Kapuścińskiego Imperium, z jej drugiej części Z lotu ptaka. Składające się na nią reportaże, z lat 1989-1991, opisują podroż Kapuścińskiego po przechodzącym transformację Związku Radzieckim. Od tamtej pory wiele się zmieniło. Z pewnością nie ma już kolejek po tort. Ale – jak widać na zdjęciach z Google maps – rury ciągle biegną nad ulicami. Wieczna zmarzlina przetrwała komunizm i jego upadek.

*Ryszard Kapuściński, Imperium, Czytelnik, Warszawa 1993, strona 187-190

wszystkie zdjęcia w tym wpisie: google maps street viewjakuck_bloki_rury1

Kamera w Dolince

Jest takie osiedle, które dobrze wygląda na ekranie. 25 lat po Dekalogu Krzysztofa Kieślowskiego kamera wróciła na Służew nad Dolniką.

Jak zrobić film o potrzebie wiary w życie po śmierci, żeby nie popaść w patos? Jak mówić o poważnych sprawach tak, żeby widz nie miał wrażenia, że się go poucza? Te sekrety zna Małgorzata Szumowska. I co najlepsze, jedną z bohaterek swojego najnowszego filmu Body/Ciało uczyniła mieszkanką bloku przy ulicy Bacha 34!foto:bloki_to_my

Gdy Anna (grana przez Maję Ostaszewską) wraca z pracy w ośrodku terapeutycznym, wchodzi w tunel przebijający długi blok. Stamtąd jest wejście na jej klatkę schodową.

Po południu podlewa kwiaty stojące na charakterystycznym, obudowanym balkonie. W tle widać ten ogromny blok okalający z dwóch stron bazarek przy Wałbrzyskiej.foto:bloki_to_my

Jednak mimo sąsiedztwa, Anna zakupy robi w spożywczaku przy Batuty 5, nie na bazarku. Gdy jest przygnębiona, siada na jednej z ławek podwurkowego amfiteatru, przed blokiem Bacha 22. Anna nie jest całkiem sama, ma psa Fredka – największego w okolicy.

Grzałki w chłodnicach

Kończą się ferie i w poniedziałek dzieci wracają do szkoły. W Warszawie przez ostatnie dwa tygodnie zimy nie było. Na wawrzyszewskich podwórkach leżą malutkie łaty śniegu i bałwan ulepiony nie wiem z czego.foto:bloki_to_my

Jeżeli nie w Warszawie, to gdzie jest zima? Na dalekiej północy. Tam, gdzie nikt nie chce się zapuszczać. Tam, gdzie jeżdżą reporterzy, żeby ludziom zadać pytanie: co tu robisz? Zima jest w Workucie. Ludzie tam normalnie żyją. Mieszkają w blokach. Jacek Hugo-Bader pisze w Rajskiej dolinie wśród zielska*:

Władysław Dżebraiłowicz dał ogłoszenie, że szybko sprzeda nową, fabrycznie opakowaną sypialnię produkcji polskiej. Za meble chce 7 tysięcy rubli. (…) Kiedy do nich przyszedłem pieścił swoje nowe żyguli pod blokiem. Właśnie odkurzał tapicerkę.

Zawsze mnie interesowało, co ludzie robią, by w tym klimacie samochody jeździły. W Polsce przy 20-stopniowym mrozie połowa właścicieli nie może uruchomić swych pojazdów. Na północy Rosji pod silnik samochodu wsuwa się zwykłą kuchenkę gazową, by rozgrzać nieco olej. Przy tutejszych mrozach olej jest gęsty jak smoła, więc akumulator nie może zakręcić silnikiem. Można też gorącą wodą polać kolektor, żeby ogrzać pierwszy haust powietrza, który silnik zaciągnie przy zapalaniu. Inny prosty sposób polega na wpuszczeniu do filtra powietrza kropli eteru. Eter z powietrzem tworzy bardzo wybuchową mieszankę, która mogłaby uruchomić nie tylko samochód, ale i statek kosmiczny. To niebezpieczny i, jak dwa pozostałe, dziadowski sposób. Silniki bardzo ich nie lubią.

Większość wlaścicieli na własną rękę montuje w chłodnicach grzałki, takie jak do gotowania wody. Na noc stawiają samochody pod domami, spuszczają z okien kable i podłączają ukochane maszyny do prądu, tak że płyn chłodzący i silnik cały czas są lekko ciepłe. Oczywiście każdej nocy trzeba zanieść akumulator do mieszkania.

*Jacek Hugo-Bader W rajskiej dolinie wśród zielska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010, strony 322-333.

 

Tak jest ładniej

W drzwiach między klatką schodową a korytarzem wisi firanka. Nie widać przez nią rowerów, kwiatów w doniczkach i wycieraczek. Żeby się tam dostać, trzeba mieć klucz albo znajomego w jednym z mieszkań.

Z wielkiego budynku wyodrębnia się część wspólnej przestrzeni. Tu dostęp ma tylko ograniczona liczba osób. Tylko te osoby mogą powiedzieć: „jesteśmy u siebie”. Ich graty zaczynają wypełniać korytarz. Nikt tych bambetli nie ukradnie, bo są przecież za wewnętrznymi drzwiami. Poza tym w domu każdy czuje się swobodniej i przestaje pilnować swoich skarbów. Prawie jak w domu, nawet firanka wisi.

I tak „dom” rozszerza się o te kilka czy kilkanaście metrów kwadratowych, w zależności od długości korytarza. Zaczynamy mieć coś wspólnego z innymi na piętrze: drzwi na zamek, wewnętrzny domofon, korytarzyk, firankę i przestrzeń prawie prywatną.

Tu już jest dom. Czy nie dlatego gospodynie wieszają w drzwiach firanki? Firanka chroni przed spojrzeniami obcych. Firanka to dowód na obecność gospodyni, to jej manifest i znakowanie terytorium. Poza tym tak jest ładniej.

Skąd wiadomo, że to gospodynie wieszają? Bo chłopcy inaczej znaczą teren. Na klatkach schodowych widać różnice płci kulturowych, a sam gest oswajania przestrzeni z gruntu jest ten sam.foto:bloki_to_my

DOM SIĘ PALI

Gocław to największy na prawym brzegu Wisły zespół mieszkaniowy. Osiedla Iskra, Jantar, Orlik i Wilga zajmują 410 hektarów powierzchni. Na Gocławiu mieszka już 50 tysięcy ludzi. Wszyscy się tam nie zmieścimy.

Dlaczego mielibyśmy wszyscy się przeniesć na Gocław? Bo to jedna z niewielu wysp na mapie Warszawy wolna od czerwonych chorągiewek oznaczających działki objęte roszczeniami. 70 lat po wojnie w sądach toczą się postępowania dotyczące własności prawie 2 tysięcy adresów.mapa roszczeń

Tu kiedyś było inne miasto. 84% lewego brzegu Warszawy zostało kompletnie zniszczone. Jeżeli mieszkasz w nowym domu wybudowanym w granicach dawnej Warszawy, możesz być pewien, że kiedyś stał tu inny budynek. Jeżeli mieszkasz w starej kamienicy, to jest wielkie prawdopodobieństwo, że twój dom zmieniał właściciela. W 1945, na mocy Dekretu Bieruta, grunty w Warszawie przeszly na własność gminy miasta stołecznego. Potem cały naród odbudował swoją stolicę. Nasze miasto stoi na miejscu innego. Tamtego, które zginęło, nie można już odzyskać. Przywrócenie starego porządku jest fizycznie niemożliwe. Dawnym właścicielom mogą należeć się rekompensaty, ale nie  można niszczyć dzisiejszej Warszawy w imię ich prawa własności. Pozostaje pytanie o prawo własności nowych właścicieli. Przecież zapłacili za mieszkania w starych kamienicach, a w wyniku zwrotu nieruchomości, tracą dach nad głową.

Nie mieszkam na Gocławiu.

Nie czuję się bezpiecznie w mieście, gdzie ludzi wyrzuca się z domów.

Nie mam zaufania do urzędników, którzy na to pozwalają.

16 listopada idę na wybory.

Mapę przygotowało MIASTO JEST NASZE

 

ZA PLECAMI STEP

Wysokie domy stawia się, gdy miejsca szkoda. Na małym terenie mieszka dużo ludzi. Obok siebie by się nie zmieścili, więc budują wieżowce, w których jeden człowiek mieszka nad drugim.

Wizjonerzy robią inaczej. Wbrew rozsądkowi stawiają bloki w stepie, gdzie przestrzeń jest jedynym, czego nie brakuje. Wiemy, jak nazywał się człowiek, którego pomysłem było postawienie wieżowca w samym centrum zniszczonej Warszawy. Pałac Kultury był tak wysoki, że nie tylko mieszkańcy stolicy, ale i całego kraju widzieli, że wizjoner wyznaje logikę przemocy symbolicznej, nie ekonomii przestrzeni. Projektowanie budynków może przypominać kupowanie butów na wyrost. Często jednak staje się niemożliwym do przeoczenia manifestem.

pkin-pl.grzybowski

 

 

 

 

 

Pałac Kultury, rumuńskie bloki na wsiach, sowieckie miasta w stepie. Jak tam jest? Stasiuk tam był. Objechał samochodem kawał świata. Tę część, gdzie króluje dykta, ortalion i to, co zostało po wizjonerach.

Andrzej Stasiuk WSCHÓD*:

Trzypiętrowe domy przy ulicy pochodziły pewnie z przełomu lat dwudziestych i trzydziestych i wyglądały na całkiem przyzwoity modernizm. Jednak tutaj, na Dalekim Wschodzie, opuszczenie dopadło je zaraz po wybudowaniu. Opuszczenie dalekowschodnie oraz ideologiczne, bo bardzo szybko się okazało, że modernizm musi ustąpić socrealizmowi. Tak więc wokół na tysiące kilometrów rozciągał się step, a tutaj ta architektura. To się nie mogło udać. Dlatego teraz stało złuszczone i z liszajami.

Wokół rosło zielsko i topole. Drzewa sprawiały wrażenie wynędzniałych, ale one po prostu nie miały czasu całkiem się rozwinąć w krótkim, kontynentalnym lecie. Poszliśmy dalej, w stronę peryferii, pomiędzy zwyczajne bloki. Były tak samo zrujnowane. Na dachu jednego obłaził wielki napis „MOŁOKO”. Tworzywo albo sklejka odpadły od drucianego szkieletu. wyobrażałem sobie, że na innych dachach stoją napisy „CHLEB”, „MIĘSO”, „SER”, i tak w całej Rosji, dalej na północ, w nagiej tundrze, na wiecznej zmarzlinie stoją następne: „KAWA”, „SAMOCHÓD”, „PENICYLINA”, „MYDŁO”. Wyobrażałem sobie, że w cały kraj od Moskwy po Kamczatkę powtykane są słowa wyklepane i pospawane z blachy, słowa z laminatu, z żywicy epoksydowej, ze zbrojonego szkła, z żelaznych prętów, z dykty, z betonu, z drewna, z czarnej gumy, z aluminium, z fiberglasu, z resztek, słowo za słowem, żeby ludzie mieli wszystko, żeby to mogli czytać, ponieważ świat nareszcie miał na powrót należeć do nich. Żeby mogli wymieniać wszystkie nazwy, tak jak na początku, gdy praojciec nadawał imiona wszelkiemu stworzeniu. Tak, w Czycie było „MOŁOKO” wśród peryfefyjnej zabudowy, gdzie mróz na przemian z upałem rozkruszały beton, a za plecami ostatnich domów zaczynał się step wiodący w nicość, pomiędzy kości i kurhany.

*Andrzej Stasiuk WSCHÓD, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014, s. 35-36.

Na zdjęciu poniżej Bijsk.

bijsk_sowieckaja

Kobieta z wózkiem

Jeżeli w bloku jest kilka klatek, a do jednej z nich prowadzi dziwnie długi podjazd, to znak, że właśnie tam mieszka osoba poruszająca się na wózku. Mało który ze starych budynków był projektowany z myślą o osobach niepełnosprawnych.

foto:bloki_to_my

 

„Dwadzieścia lat czekałam na podjazd” – mówi Tereska, mieszkanka jednego z warszawskich bloków. Decyzje o wprowadzaniu udogodnień dla niepełnosprawnych podejmuje rada mieszkańców. Tereska nie miała siły się z nimi wykłócać. Wszystko sie zmieniło, gdy jedna z sąsiadek uległa wypadkowi i też siadła na wózek. „Przyszła się spytać, jak sobie radzę z tymi kilkoma schodkami. Więc jej powiedziałam, że stoję i czekam, aż ktoś mi pomoże.” Ktoś, czyli dwie silne osoby. W tamtych czasach Tereska nie mogła jeździć wózkiem elekrtycznym, mimo, że jest dla niej dużo wygodniejszy. „Wózek elektryczny jest za ciężki, żeby go nosić po schodach.”

Sąsiadka się zaparła i wywalczyła podjazd. Jednak w dziesięciopięrtowym bloku znalazło się jedenastu lokatorów, którzy uznali, że to nie jest dobra lokata wspólnych pieniędzy. Budowa stanęła na miesiąc. „Niedługo po tym, jak skończyli podjazd ta moja sąsiadka umarła. Została mi po niej najlepsza pamiątka.”

Matki z dziećmi, rowerzyści i ci, którzy zamiast dźwigać zakupy wolą je wozić – wszyscy korzystają z podjazdu. Tak, ci ktorzy protesyowali, też.foto:bloki_to_my

Łączy nas jedno

Andrzej Stasiuk nie kocha bloków. Przemierzając wzdłuż i wszerz wschodnioeuropejskie rubieże, widzi je w każdym mieście i miasteczku, ale zawsze szybko jedzie dalej. Lepiej czuje się w przygranicznych wioskach, gdzie bary są zakurzone, a w zaułkach rosną dzikie wysypiska. O blokach Stasiuk tylko wspomina, ale to wystarczy, by w czytelniku powstało wrażenie, że wielka płyta to nieodłączny element krajobrazu tej części świata. Stare blokowiska sprowadzają myśli znów na tor przeczuć i obaw, że architektura ma jednak coś wspólnego z ustrojem.

Nowa książka Andrzeja Stasiuka nazywa się Wschód. Ukaże się 24 września nakładem wydawnictwa Czarne. Na razie wracamy do opisu mołdawskich bloków z książki Jadąc do Babadag:

Kiszyniów, ach Kiszyniów! Białe blokowiska na zielonych wzgórzach. Widać je z północy, południa, ze wschodu i zachodu. Piętrzą się niczym skalne urwiska. Jesienią w słońcu. Chwała geometrii w rozfalowanym, nieregularnym pejzażu. Nie ma niczego większego ani wyższego w całej Mołdawii. image

Gigantyczne nagrobki wetknięte w urodzajną, pulchną ziemię. Kamienne tablice egalitaryzmu. Termitiery wszechświatowego postępu. Nowe Jeruzalem w stanie śmierci technicznej. Na wylotówkach z miasta stoją ciężarówki załadowane plastikowymi beczkami, gąsiorami na wino, słoikami Wecka, tysiącami naczyń,w które Mołdawia przed zimą zapakuje swe bogactwa, żeby przetrwać. Zakisi, zamarynuje, sfermentuje, wypasteryzuje, zasoli zawartość swych sadów i ogrodów. W centrum na bulwarze Stefana Wielkiego i Świętego, wśród salonów z japońską elektroniką i włoskimi butami, wędrowali ludzie objuczeni słoikami. Nieśli po dziesięć, po dwadzieścia sztuk zmyślnie popakowanych nowiutkich weków. Albo błyszczące ocynkowane wiadra. Albo torby pełne ogórków i pomidorów. Turlały się furgonetki wyładowane arbuzami i ciągnęły przyczepy pełne melonów. Stary Kiszyniów był w istocie taką trochę wyższą wsią. Wystarczyło zejść nieco w bok z głównego deptaka i zaczynały się parterowe albo jednopiętrowe domy, zatopione w zieleni, odgrodzone drewnianymi parkanami, przechadzały się koty i ludzie przysiadywali na schodkach. Takie było stare centrum, dwadzieścia ulic na krzyż i snujące się resztki zapachu sennej imperialnej prowincji. Gdyby znikły samochody, wszystko byłoby jak kiedyś, jak sto lat temu.

Andrzej Stasiuk, Jadąc do Babadag, Wołowiec 2004, strony 150-151.

wszystkie zdjęcia w tym wpisie pochądzą ze strony KP81-fotoimage