NA ULICY LEŻĄ KWIATY

Nasze podwórka zmieniają się dziś nie do poznania. Jest Boże Ciało, więc przed naszymi oknami przechodzą procesje.

Jak odpowiednio uczcić święto będące wspomnieniem Ostatniej Wieczerzy? Jak ozdobić ołtarz, by był wystarczająco ładny? Jak nie nabrać dystansu do własnej wiary, mając do czynienia z kiczem przedstawień figuratywnych? Jak nie uprzykrzyć życia sobie nawzajem, bo w końcu nie wszyscy jesteśmy katolikami.

foto:bloki_to_myfoto:bloki_to_myZ punktu widzenia  mieszkańca osiedla, procesja Bożego Ciała jest ważnym wydarzeniem. To jedna z niewielu sytuacji, kiedy wspólną przestrzenią faktycznie musimy się dzielić. Zwykle miejsca, zaplanowane przez architektów jako służące integracji mieszkańców, stoją puste. W najlepszym razie zastawione są puszkami po piwie. Natomiast w Boże Ciało podwórko zapełnia się ludźmi. Część sąsiadów chce wpływać na kształt przestrzeni i, na dodatek, robić to kolektywnie.

Jak przestrzeń funkcjonalną zmienić w ołtarz? Trudność polega na odwróceniu porządku sacrum i profanum. Rytuał wychodzi na ulicę, ołtarze stoją na skrzyżowaniach. Obowiązująca na co dzień funkcja przestrzeni musi się przeobrazić w swoje przeciwieństwo. Ludzie jadący przez osiedle samochodem muszą cierpliwie poczekać, aż pochód przejdzie.

foto:bloki_to_my

Ponieważ ciągle jestem pod wrażeniem teorii Formy Otwartej – o której czytam w książce Filipa Springera o Hansenach – dlatego zastanawiam się, czy Boże Ciało nie jest momentem, w którym forma osiedla w końcu się otwiera. Tym, co ją współtworzy jest tradycja religijna, przyzwyczajenie, ale czasem też szalona chęć odkrycia transcendencji w miejscach, gdzie najmniej się jej spodziewasz.

foto:bloki_to_my

 

ZACZYNA SIĘ OD KANAŁKA

„Zaczyna się od kanałka i aż do samej rzeki.”

Takiej odpowiedzi udzielił mi pan przechodzący ścieżką między płotem ogródków działkowych, a kanałkiem, o którym mowa. A pytanie brzmiało: „Czy tu jest jeszcze Saska Kępa?”

foto:bloki_to_my

Tu są dziesięciopiętrowe bloki, takie z balkonem na papierosa. Strony pośredników nieruchomości podpowiadają, że wybudowano je na początku lat 70. Więc na pewno nie tu się zaczęło.

Na Kępie najstarsze budynki stoją w rejonie Francuskiej i właśnie z tą okolicą kojarzona jest cała dzielnica. Dalej na północ – przy Londyńskiej i Niekłańskiej – w latach 50. stanęły czteropiętrowe kamienice. Dokładnie takie same jak na północnym Muranowie i na Nowej Pradze. Nigdy nie nazwę ich „blokami”, bo są z cegły.

Bloki z prawdziwego zdarzenia są dopiero przy Międzynarodowej. Po północnej stronie tej ulicy nic starego nie znajdziecie.

Bez. Dużo tu bzów, jak to na Kępie. Dużo drzew. I kanałek. Na jego brzegach rosną wysokie drzewa i wierzby płaczące z gałęziami wiszącymi nisko nad wodą. Tubylcy uczą dzieci jazdy na rowerze i spacerują z psami. Lokatorzy mieszkań z oknami wychodzącymi na północ maja widok na ogródki działkowe ciągnące się aż do Kinowej. Tu jest bardzo fajnie.

foto:bloki_to_myfoto:bloki_to_myfoto:bloki_to_my

 

 

 

Odpowiedź na pytanie, czy na północ od Międzynarodowej to jest jeszcze Saska Kępa zależy pewnie od tego, po której stronie ulicy się je zada. Czerwono-granatowe tabliczki wiszące na domach zgodnie twierdzą, że tam jest Kępa. Tabliczkom nie do końca ufam, wiedząc jak koślawo opisują granicę między Służewcem i Służewiem. Ale jest jeszcze jeden argument potwierdzający tezę, że wszystko zaczyna się nad kanałkiem:

foto:bloki_to_my

OSIEDLA BLIŹNIACZE

Oba są duże i niebieskie. Na piętro wchodzi się z kwadratowego podwórka. Schody są na dworze – ogólnodostępne. Podwórko od wewnątrz okala galeria, z której dopiero człowiek wchodzi do lokali usługowych znajdujących się na piętrze. Na Służewcu siedzibę ma tam Dom Kultury „Kadr”. Na Słodowcu „MEBLE”.

SŁODOWIEC

SŁUŻEWIEC

galeria

SŁODOWIEC                          SŁUŻEWIEC                            GALERIA

Dwa pawilony usługowe, w zamyśle, miały zapewne stanowić centrum osiedla. Właśnie tam miało się skupiać życie mieszkańców. Tam miały się kończyć ich codzienne wyprawy w różnym celu.

„Niebieszczak” – bo tak nazywa się pawilon służewiecki – faktycznie swoją rolę spełnia. Na Słodowcu wieje pustką. Jak widać, różnicę robi otoczenie. I nie chodzi o bloki. Przedziwna sprawa – oba pawilony sąsiadują z bliźniaczą sekwencją: jamnikowaty trzypiętrowiec i wysoki z przełomem po środku.

I jest to jedyny w Warszawie przykład dokładnego powtórzenia aż trzech elementów architektury blokowej: „jamnikowaty” + „z przełomem” + pawilon.

SŁODOWIEC

SŁODOWIEC

Ale „Niebieszczak” tętni życiem nie ze względu na bloki – które na Słodowcu przecież też są. Skrzyżowanie ulic Gotarda i Rzymowskiego tworzy centrum Służewca z powodu współwystępowania trzech elementów:

bazarku, cukierni Antolak i kościoła. Na koniec dochodzi „Niebieszczak” ze sklepem spożywczym na parterze i całą resztą asortymentu.

SŁUŻEWIEC

Sklep meblowy z przeciwległego krańca miasta leży na skraju trzech osiedli – Słodowca, Piasków i Bielan – ale każde z nich ma własne centrum, w innym miejscu niż niebieski pawilon wybudowany na przecięciu ulic Magiera i Jarzębskiego.

SŁUŻEWIEC

KOBIETY PAPIEROSOWE

Lubię Sylwię Chutnik z dwóch powodów:

Ona pisze, bo ma coś do powiedzenia. Nie zawsze sią zgadzam z tym, co mówi. Nie zawsze podoba mi się sposób w jaki to robi. Ale Sylwia Chutnik robi to – czyli pisze – z zapałem. Ona ma powołanie i konsekwentnie je wypełnia.

Drugi powód, to jej krótki tekst o kobietach wypalających wieczornego papierosa na balkonie.

Bohaterki książki Cwaniary mieszkają w kamienicach starego Mokotowa, w rejonie ulic Sandomierskiej, Kazimierzowskiej i Narbutta. To daleko od wielkich warszawskich blokowisk. Tu ulice są wąskie, a domy dochodzą do krawędzi chodnika. Ale każdy uważny czytelnik zauważy we fragmencie słowa „osiedle” i „blok”. Tak, ten fragment jest o blokowisku. Tak też zilustrowała go w Cwaniarach Marta Zabłocka. Pierwszy raz go czytając, też bloki miałam przed oczami. Bo pierwszy raz czytałam ten fragment dawno temu, w lato, w „Zwierciadle”. Nigdy nie czytam felietonów, ale wtedy przeczytałam tekst Sylwii Chutnik. Od tamtej pory ją lubię. Widać, ona sama też uważała miniaturę o kobietach papierosowych za udaną. Wplotła ją w historię Haliny i Celiny, jakby od zawsze tworzyły całość. I tylko bardzo uważny czytelnik, zwracający uwagę na każdą wzmiankę o ukochanych blokach, odnajdzie trop z wielkiej płyty.

SYLWIA   CHUTNIK     CWANIARY

Kiedy robi się ciemno, kiedy dzieci już śpią, my skrzypimy drzwiami balkonowymi, skradając się na zewnątrz. Gdzie idziesz kochanie? A, podlać kwiatki. Powiesić pranie, umyć okna. Tymczasem w ręce mamy papieroska i cichutko, żeby nie wzbudzić podejrzeń, sobie tego papieroska zapalamy. Pierwszy mach, co za ulga. W głowie przelatuje cały dzień. Poranne miotanie się, zaległe rachunki, kłótnia z panem na stacji benzynowej i długi telefon do długo nie słyszanej koleżanki. Początkowo palimy szybko, jakby w rytmie codzienności i pośpiechu. Papieros tli się nerwowo, my strzepujemy nieistniejący popiół obok popielniczki. Trochę jak ilustracja kobiety na skraju załamania nerwowego, trochę jak Krystyna Janda wdychająca łapczywie skrawki powietrza. W połowie papierosa zwalniamy, uświadamiając sobie, że nie musimy się nigdzie śpieszyć, nareszcie. Przekładamy powoli ustnik między opuszkami palców, bawimy się nim. Osnuwający twarz dym upodabnia nas do secesyjnych modelek z reklamy firmy tytoniowej. Palimy na jazzowo, leniwie, jakby od niechcenia. Teraz to nam nic już nie mogą zrobić, teraz to już my na nowo zarządzamy sobą. Palenie niczym deklaracja niepodległości w odwiecznej wojnie z czasem. Pierwszy fajek skończony, kiepujemy z zadowoleniem. Nawet z cieniem satysfakcji: stać nas na luksus relaksu, a co! Na fali ogólnego poczucia spełnienia, zapalamy drugiego papierosa. Ale tu dopadają nas niepotrzebne przemyślenia. Zaczyna się niewinnie, od planów na następny dzień. Trzeba pojechać tu i załatwić to, a potem zdążyć podrzucić coś tam i odebrać gdzieś tamto. Groza wpełza w zakamarki wewnętrznego kalendarzyka spraw niezałatwionych. I nie chodzi tu o rzeczy do zrobienia, a o cały bagaż emocjonalnych rozważań. O nasze lęki, pragnienia i nigdy niespełnione obietnice. Stajemy się przyczajoną kotką rozglądającą się na boki. Dostrzegamy tym samym inne kobiety, które, podobnie jak my, stoją na swoich balkonach i palą. Nagle okazuje się, że nie jesteśmy same, że stałyśmy się niechcący aktorkami wspólnego teatru. Trwa właśnie przedstawienie, wieczorna odsłona samotności osiedlowej. W ciemnościach widać tylko rozżarzone końce papierosów. Wysyłają tajemne znaki, czerwone SOS, komunikaty o niepokoju. Ile nas tam stoi, czy stoimy tam codziennie? A może są jakieś dyżury, stałe godziny wychodzenia na balkony i odpalania ognia? Pewne jest to, że ta swoista wspólnota balkonowa tworzona przez kobiety istnieje ponad podziałami. Nieważne, ile mamy lat, czy żyjemy z rodziną, czy jesteśmy singielkami. My sobie co wieczór robimy seanse psychologiczne na świeżym powietrzu, bo zdrowo. My sobie zjeżdżamy psychikę ciągłym rozmyślaniem, brakiem luzu wewnętrznego, brakiem umiejętności powiedzenia „dość”. Kiedy dzieci śpią, budzą się demony naszej dorosłości. Przyjmują kształty najgorszych na świecie potworów i przeobrażają się we wszystko to, co udawało nam się w dziennej gonitwie zamieść pod dywan świadomości. Wyrastają nagle na tych balkonach, przechodzą przez barierki i czają się zza doniczek. A tu cię mamy, tu cię złapaliśmy – na nielegalnym odpoczywaniu, na ucieczce w krainę nikotyny. Nie ma lekko, czary-mary dopadną w najmniej spodziewanym momencie. Inne kobiety z balkonów patrzą na nas, chociaż nie widać ich twarzy ukrytych w ciemności. Inne kobiety czują to samo co my, ale to nie pociesza. Płyniemy na jednym statku pełnym balkonowych księżniczek, które przestały już machać białymi chusteczkami na znak poddania się. Stoją sobie ze zrezygnowanymi minami i patrzą na gwiazdy. Jedna gwiazda spadła, hej, pomyśl życzenie, to się nigdy nic nie spełni. Jedna pani z trzeciego piętra mówi: „Ja to bym chciała zasnąć i się nie obudzić”, a druga z sąsiedniego bloku: „A ja to sobie gdzieś wyjechać, na przykład do jakiegoś piekła all inclusive”. A trzecia to ja, myślę sobie: „A co się z nami stanie, jak te wszystkie gwiazdy zlecą nam na łeb i pogaszą papierosy?”. Co nam wtedy pozostanie? Może tylko powrót do ciepłego mieszkania i tylko: „Kochanie, czy mogłabyś zamknąć te drzwi od balkonu?, bo jakoś strasznie od nich wieje”. Od tych drzwi to wieje tysiącami westchnień kobiet papierosowych.

Sylwia Chutnik, Cwaniary,

wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2012, strony 106-110.

W Warszawie od 8 do 12 maja trwa akcja JEDNO MIASTO, JEDNA KSIĄŻKA

Książką, którą wszyscy czytamy, są właśnie Cwaniary. Przy okazji możemy wziąć udział w ciekawie wyglądających wydarzeniach – nie tylko czytaniu na głos. W niedzielę spotkanie z autorką.

PROGRAM AKCJI: http://warszawaczyta.org/program/

włóczkowe dziedzictwo

Jeżeli w 2007 ktoś z Was przegapił wystawę BETONOWE DZIEDZICTWO. OD CORBUSIERA DO BLOKERSÓW, to nie wszystko stracone. Jeden z obiektów prezentowanych wtedy w warszawskim CSW, można obejrzeć w Zachęcie.

Hasło „Splendor tkaniny” nie kojarzy się z architekturą i wcale nie ma się z nią kojarzyć. Wystawa w Narodowej Galerii Sztuki poświęcona jest „tkaninom artystycznym w szerokim kontekście sztuki współczesnej”. Miłośników blokowisk czeka jednak miła niespodzianka: w jednej z sal, wśród gobelinów upamiętniających partyzantów II Wojny Światowej i 30-lecie Lasów Państwowych, stoi blok.

Julita Wójcik, Falowiec, 2005-2006/foto:bloki_to_my

Julita Wójcik, Falowiec, 2005-2006

Praca Julity Wójcik, pod tytułem „Falowiec”, jest makietą gdańskiego giganta. Tak jak oryginał, liczy 16 klatek schodowych i 11 pięter. Dlaczego znalazła się na wystawie tkaniny artystycznej? Bo wykonana jest z włóczki.

Na własne oczy można się przekonać, czy to za sprawą wielkiej płyty od bloków wieje grozą.

Wystawa SPLENDOR TKANINY czynna jest do 19 maja.

www.zachęta

Julita Wójcik, Falowiec, 2005-2006/foto:bloki_to_my

Julita Wójcik, Falowiec, 2005-2006

Julita Wójcik, Falowiec, 2005-2006/foto:bloki_to_my

Julita Wójcik, Falowiec, 2005-2006