pozdrowienia zza ściany

Pan Ho.: To było tak: dowiedzieliśmy się, który blok będzie nasz i przychodziliśmy na budowę. Jeszcze Trasa Łazienkowska była rozkopana, w budowie. Po jakichś krawężnikach, zakosami się szło do tego bloku, żeby nie utopić się w błocie. Marzec był, przed Wielkanocą, a klucze dostaliśmy i przeprowadziliśmy się w maju 1975.

Pani Ho.: Tam kapusta wcześniej rosła przecież. No i dwadzieścia lat tam mieszkaliśmy na 9 piętrze. Były trzy mieszkania: 61 – nasze, 62 – Mirona, i 63 – państwa Cho. Z tytułu tej małej klatki dosyć dobrze się znaliśmy wszyscy, no bo wystarczyło mocniejsze stuknięcie drzwiami, to reszta wiedziała.

Pani Ho.: Pamiętam, jak się pierwszy raz dowiedziałam, że nasz sąsiad to jest TEN Białoszewski. Na początku nie wiedzieliśmy o tym. Ktoś przez pomyłkę zapukał do naszych drzwi i zapytał: Czy tu jest pan Białoszewski? Ja mówię: Białoszewski? Ten Białoszewski? – on wtedy bardzo dużo publikował w „Przekroju”. Krakowski teatr wystawiał jakiś jego monodram i ja tak pytałam: Czy to aby na pewno ten Białoszewski, tu u nas? Tak, poeta Białoszewski tutaj mieszka. Dopiero później jego samego poznaliśmy. Taki trochę dziwak, bardzo miły, bardzo sympatyczny – dla nas spokojny miły pan.

Pan Ho.: Mi się wydaje, że mieszkańcy Lizbońskiej w znakomitej większości mieli w nosie Białoszewskiego i to, co on pisał.http://i.wp.pl/a/f/jpeg/31503/miron10.jpeg

Pani Ho.: Sądzę, że niewielu wiedziało, że obok pisarz mieszka.

Pan Ho.: Poza tym Mirona mało kto widział, bo on wychodził po zmroku, wieczorami.

Pani Ho.: Nocami często spacerował, pracował. W dzień spał. Jak ktoś szedł na 6, czy nawet na 8 do pracy, to go nie spotykał.

Pan Ho.: Z faktu, że nie chodził dniami tylko wieczorami, wynikało, że zawsze był taki blady.

Pani Ho.: Poza tym bardzo był chory na serce. W końcu kolejny zawał go dopadł. Miał taką ziemistą cerę typowych sercowców. Do tego bardzo chętnie na czarno się ubierał. Miał taką dyżurną czarną kurtko-marynarkę i berecik z antenką. Tak się najczęściej ubierał. Nie jakiś stylowy, tylko taki klasyczny z antenką.

Pan Ho.: To przepraszam, dozorca nasz lepiej się ubierał i wyglądał, chociaż był to człowiek prosty. Miron często chodził w płaszczu paskiem zawiązanym i z tym berecikiem. Ale to nie wyglądało jakby pozował – to nie był typ demonstracyjnej abnegacji, nie. To po prostu człowiek, który miał tak bogate życie wewnętrzne. Myślę nawet, że bardziej bezwiednie niż świadomie – wszystko robił, żeby nie było go widać, żeby się go nie zauważało. W tych książkach to wszystko widać.

Pani Ho.: Tak jak my, mieszkał tam od 75 roku. No, mamy wszystkie jego książki z dedykacjami. A szczególne zaprzyjaźnienie się powstawało na samym początku. Zupełnie przypadkiem zobaczyliśmy, że przechodzą technicy i zakładają telefony, więc szybko się zapytaliśmy: Czy my możemy też? – No tak, mamy wolne numery.

Mirona widocznie nie było w domu, bo nie miał telefonu i przychodził do nas, jak potrzebował zadzwonić. I stąd taka z nami bliższa znajomość niż z innymi sąsiadami.

Pan Ho.: On praktycznie może ze dwa razy korzystał z tego telefonu, ale prawdopodobnie chodziło o komfort, że zawsze może. Dla nas to był żaden problem.

Byłem zapraszany na wtorki literackie, on organizował takie spotkania. Była herbata, czasem jakieś ciastka, czy paluszki, czasem jakaś jedna butelka wina, a siedziało osób nawet kilkanaście – głównie młodzi ludzie z uniwersytetu. Nie było tam żadnej agitacji politycznej – nigdy się nie rozmawiało o tym. Miałem tam rolę szczególną, bo nie byłem niestety znawcą literatury, czy znawcą spraw, o których oni mówią, natomiast byłem niesłychanym autorytetem technicznym dla Mirona – parę razy mu coś tam naprawiłem. On telewizora nie miał. Raz mówi: Radio nie gra – dramat – ono już od paru tygodni jest nieczynne. Nie może sobie wieczorem włączyć, a muzyki chciałby posłuchać. Ja mówię: No to pan pokaże. Tylko bezpiecznik trzeba było wymienić. Zorientowałem się o co chodzi – a elektronik ze mnie żaden, nigdy nie miałem pojęcia, tylko tak po prostu… Więc byłem po tym, przez kilka spotkań przedstawiany przez Mirona jako cudotwórca, który nawet radio potrafi naprawić. Mówił: Zobaczcie, to jest mój sąsiad, zaprzyjaźniona osoba. Na tych spotkaniach poznałem również Kazimierza Wykę. Do szkoły podstawowej i średniej chodziłem na Mazurach, ale mieliśmy takiego polonistę,  który w nas próbował zaszczepić wiedzę o literaturze. Także były takie nazwiska jak Wyka, Kot, Sandauer –jak mój polonista je wymawiał, to niemalże na baczność stawał. A potem Miron Sandauerowi tłumaczył, jakim jestem cudotwórcą, bo nawet radio potrafię naprawić. To się żyje na takich śmiesznych peryferiach historii. To były świętości dla ludzi zajmujących się literaturą w owym czasie, a tutaj ja byłem stawiany, przedstawiany im jako cudotwórca.

Pani Ho.: A tu już jest dedykacja z 81 roku. Miron bardzo sobie cenił widok na Trasę. Oddzielała nas od trasy szkoła – Zespół Łączności – który zresztą tam jest do dzisiaj. I ten zespół szkół miał za płotem posadzone mnóstwo topoli. I my z tego 9 piętra, jak patrzyliśmy w dół, to czubki tych topoli widzieliśmy. To był taki ładny widok, dużo zieleni. On to bardzo lubił i ciągle pisał o tych topolach.

foto:bloki_to_my

Bardzo dziękuję państwu Ho. za rozmowę!

Dalsze jej części będziemy publikować w kolejnych wpisach.

A tu Białoszewski o topolach:

Wracałem spod swojego mostku na skrót łączką, wzdłuż topól. Jest tu ścieżka. Topól cały rząd. Idzie się w zapachach, w cieniu, jak na wsi. Ludzie, ci nowi, ci my, ośmielili się, już chodzą tędy z psami, z dziećmi, a nawet widziałem panią w kostiumie kąpielowym. To nasza łączka, nasza wieś. A nas w tym domu dużo. Ze sześćset, a może z osiemset. I tylko my jesteśmy z Lizbońskiej. Lizbońska 2. Lizbońskiej 1 nie ma i nie będzie, nigdy, bo po  nieparzystej stronie tyły szkoły, z piłką, z chłopakami.

Gorąc.

Miron Białoszewski, Chamowo,

Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2009, s. 14

Szkolni towarzysze

Jeżeli wychowaliście się na blokach i tam chodziliście do szkoły, to jest bardzo prawdopodobne, że wyglądała ona tak samo jak moja.

foto:bloki_to_my  szkoła podstawowa na Piaskach

Integralną częścią osiedli budowanych do połowy lat ’60 są szkoły wykonane według jednego planu – planu budowy 1000 szkół na tysiąclecie państwa polskiego. Może dziwić, że bardzo świeckie władze PRL postanowiły uczcić tysięczną rocznicę chrztu Polski, ale tak właśnie było.

Przez 7 lat, od 1959 do 1966, cała Polska ogarnięta była patriotyczno-społeczną gorączką budowy nowych placówek oświatowych. Pomysł rzucił Władysław Gomułka, a ludzie poszli za nim. Duża część budżetu przedsięwzięcia pochodziła ze składek społecznych. Wszyscy rozumieli, że szkół naprawdę jest za mało (w 1961 roku na każdą salę przypadało 74 uczniów). Każdy liczył, że ta inwestycja, jak żadna inna, w przyszłości przyniesie tylko korzyści.

I tak, w całej Polsce powstało nie 1000, a 1417 szkół, podobnych do siebie jak dwa bloki. Prosty, dwu- lub trzypiętrowy podłużny klocek, za nim mniejszy skrywający salę gimnastyczną i łącznik – czyli korytarz łączący oba elementy. Tylko w nomenklaturze zdarzały się różnice. Na hasło „idziemy na wybieg!” koledzy z drugiej tysiąclatki, do której chodziłam, mówili „gdzie?”

szkoła podstawowa na Służewcu  szkoła podstawowa na Służewcu