punkt podparcia

Blok 7,600 ton. Rozcięli go na pół, w osi pionowej, a części rozsunęli. Jedna z lokatorek postawiła na balkonowej balustradzie szklankę z wodą. Podczas całej operacji szklanka nie drgnęła, ani kropla się nie rozlała. Bo blok rozsuwano z ludźmi w środku. Od tamtej pory mogli sobie pomachać przez ulicę. Wolna przestrzeń w miejscu, gdzie wcześniej stał budynek właśnie w ten sposób została zagospodarowana – puszczono tędy bulwar.Alba Iula_perspektywa

Takie spektakularne dokonania inżynierii zwykle są przedstawiane i postrzegane jako triumf ludzkiej woli, myśli technicznej nad naturą. Chyba, że za decyzją stoi dyktator słynący z arbitralnych decyzji, uprzykrzających życie całego społeczeństwa – wtedy przesuwanie bloku staje się kolejną bezsensowną manifestacją władzy.

Opisane przesuwanie bloku wydarzyło się wczesną wiosną 1987 roku w Rumunii – kraju od lat poddawanemu społecznym eksperymentom i represjom. Prezydent Nicolae Ceaușescu zapisał się w pamięci jako dyktator podejmujący brzemienne w skutki decyzje, niepoparte żadnymi merytorycznymi argumentami. Systematyzacja miast i wsi, dekret 770 – przy tych zarządzeniach jeden przesunięty blok przestaje wzruszać. W sumie, jak się spojrzy na plan miasta, w którym stoi – Alba Iula – powstały bulwar tworzy całkiem zgrabną oś z zabytkowym centrum. Może więc punkt wyjścia, postawienie bloku było złym pomysłem? Przesunięcie tylko naprawiło to urbanistyczne potknięcie. A może urbanista nie miał tu nic do powiedzenia, a ojciec narodu po prostu za często zmieniał zdanie? Wystarczająco często, żeby zmienić Rumunię w trudną do zdefiniowania przestrzeń, w której przestało być wiadomo, co ma sens, a co jest go całkowicie pozbawione.Alba Iuliaplan

PS Pisząc ten tekst, znalazłam stronę dokumentującą dwa tysiące lat historii miasta Alba Iula – pisaną (po angielsku) przez historyków i archeologów lokalnego uniwersytetu, zawierającą bardzo dużo starych zdjęć i opowieści: http://imagini-istorie.apulum.ro/index.php?lang=en

Jedyna taka

Czy ktoś to w ogóle zaprojektował? Bloki – prostokątne, bardzo duże pudełka, nie do odróżnienia. Zbudowane z prefabrykatów. Gdyby było jak przetransportować je z fabryk w całości, schodziłyby z taśmy jeden po drugim – bez zabawy w dopasowywanie elementów na placu budowy.

Ale czasem zdarza się, że idziesz, patrzysz w niebo i widzisz – jedyny w swoim rodzaju, blok-prototyp, który nie wszedł do produkcji masowej. I wszystko staje się jasne – tak, ktoś to zaprojektował.

Te bloki mają swoje strony na Wikipedii, legendy i przezwiska. Sedesowce przy pl. Grunwaldzkim we Wrocławiu są nawet wpisane do rejestru zabytków. Remont nie jest dewastacją i zdradą brutalizmu. Choć beton elewacji świecił przez 40 lat, w oryginalnym projekcie Jadwigi Grabowskiej-Hawryluk domy były białe. Dachy pawilonów usługowych miała porastać trawa.foto:bloki_to_my

Blok nad rzeką Leną

W Warszawie wiosna w pełni. Lada moment na Mokotowie zaczną kwitnąć drzewa owocowe. Czy dla kogoś pierwsze jaskółki mogą zwiastować kłopoty? Po odpowiedź na to pytanie wracamy na Syberię. Pisaliśmy wcześniej, jak wygląda zima w Workucie. A jak jest wiosną w Jakucku?

„W dzielnicy Założnej mróz jest zbawieniem.

Mróz trzyma tu otoczenie, środowisko, glebę w rygorystycznej dyscyplinie, w żelaznym porządku, w mocnej i stabilnej równowadze. Osadzone na zamarzniętej, twardej jak beton ziemi, domy stoją prosto i pewnie, po ulicach można chodzić i jeździć, koła nie grzęzną w oślizłych trzęsawiskach, buty nie zostają w mazistej brei.

Wystarczy jednak (…), żeby przyszło ciepło.

Wypuszczone z uchwytu mrozu domki wiotczeją i osuwają się w głąb ziemi. Domki te już od wielu lat stoją znacznie poniżej poziomu ulicy, ponieważ, postawione kiedyś na wiecznej zmarzlinie, swoim ciepłem wyrobiły sobie w zlodowaciałej glebie nisze, w których z każdym rokiem pogrążają się coraz bardziej. Każdy domek stoi w osobnym i coraz głębszym dołku.jakuck_drewniane

Teraz fala kwietniowego ciepła uderza w dzielnicę Założną i jej koślawe, biedne domki wykrzywiają się, pokracznieją, rozłażą i przysiadają jeszcze niżej w ziemi. Cała dzielnica kurczy się, maleje, zapada tak, że w niektórych miejscach widzimy już tylko dachy – jakby wielka flota łodzi podwodnych stopniowo zanurzała się w morzu. (…)

Przyroda jest na Syberii ekstremalna, wszystko jest tu gwałtowne i skrajne, więc jeżeli błoto w Jakucku zalewa domy, to nie jest to żadne kapanie, ciurkanie rozwodnionej szarociemnej mazi, tylko atak rozpacianej lawiny, która nagle i niepowstrzymanie rusza w kierunku ganków i drzwi, zapełnia przejścia i podwórza. Ulice jakby występują z brzegów i wlewają się do domków Założnej. (…)

Podobnie jak dzielnice slumsów w Ameryce Łacińskiej (Favelas w Rio de Janeiro, Callapas w Santiago de Chile itd.) dzielnica Założna w Jakucku jest zamkniętą strukturą. Bieda, brud i błoto tworzą tu jednolity, koherentny, spójny krajobraz, w którym wszystkie elementy wiążą się wzajemnie, są współzależne. Jak okiem sięgnąć, nie ma tu żadnych kontrastów, żaden symbol dobrobytu nie unosi się ponad pejzaż ubóstwa. Istotą takich zamkniętych struktur jest to, że nie można tu poprawić jakiejś jednej poszczególnej rzeczy – natychmiast na przeszkodzie staną inne elementy i ogniwa struktury. Nie można na przykład sprawić, aby ludzie mieli czyste buty: wszechobecne błocko na to nie pozwoli.

Dzielnicę Założną można tylko zburzyć, a jej mieszkańców przenieść do nowych domów. Rzecz jednak w tym, że te nowe, ostatnio zbudowane domy nie są wiele lepsze. Być może są nawet gorsze. Ledwie zbudowane bloki z wielkiej płyty są już krzywe, popękane, tynk płatami poodpadał ze ścian. Woda ciepła i zimna, cała kanalizacja prowadzona jest rurami, które biegną na zewnątrz domów i przecinają podwórza, place, ulice we wszystkich kierunkach. Rury te, owinięte w pakuły i szmaty, w różne blachy i taśmy metalowe, powiązane dodatkowo drutem i sznurami – widać wszędzie.jakuck_bloki2

Rury często pękają. Jeżeli jest zima (dziewięć miesięcy w roku), w miejscu pęknięcia tworzy się szybko ogromna góra lodowa, której nikt później nie usuwa. Góry te widać to tu, to tam – masywne, ciężkie, połyskujące w słońcu. Ta gmatwanina rur, przewodów, kolanek, kranów, wśród której przechodzą ulice, sprawia, że nowe dzielnice Jakucka wyglądają jak wielkie hale fabryczne, których nie zdążono jeszcze pokryć dachem.

W jednej z takich hal-dzielnic stoi długa, cierpliwa kolejka. Podchodzę bliżej do stoiska, przy którym pracują dwie ubrane w białe fartuchy sprzedawczynie. Chcę zobaczyć, co sprzedają, na co czeka ten tłum skulonych i tupiących nogami ludzi. Sprzedają tort. Jeden rodzaj tortu, jeden typ, z jednym, identycznym wzorkiem z różowego kremu. Tort bierze się ot tak – prosto w ręce. Ciasto nie rozleci się, jest zamarznięte na kość.”*

Powyższy fragment pochodzi z książki Ryszarda Kapuścińskiego Imperium, z jej drugiej części Z lotu ptaka. Składające się na nią reportaże, z lat 1989-1991, opisują podroż Kapuścińskiego po przechodzącym transformację Związku Radzieckim. Od tamtej pory wiele się zmieniło. Z pewnością nie ma już kolejek po tort. Ale – jak widać na zdjęciach z Google maps – rury ciągle biegną nad ulicami. Wieczna zmarzlina przetrwała komunizm i jego upadek.

*Ryszard Kapuściński, Imperium, Czytelnik, Warszawa 1993, strona 187-190

wszystkie zdjęcia w tym wpisie: google maps street viewjakuck_bloki_rury1

Grzałki w chłodnicach

Kończą się ferie i w poniedziałek dzieci wracają do szkoły. W Warszawie przez ostatnie dwa tygodnie zimy nie było. Na wawrzyszewskich podwórkach leżą malutkie łaty śniegu i bałwan ulepiony nie wiem z czego.foto:bloki_to_my

Jeżeli nie w Warszawie, to gdzie jest zima? Na dalekiej północy. Tam, gdzie nikt nie chce się zapuszczać. Tam, gdzie jeżdżą reporterzy, żeby ludziom zadać pytanie: co tu robisz? Zima jest w Workucie. Ludzie tam normalnie żyją. Mieszkają w blokach. Jacek Hugo-Bader pisze w Rajskiej dolinie wśród zielska*:

Władysław Dżebraiłowicz dał ogłoszenie, że szybko sprzeda nową, fabrycznie opakowaną sypialnię produkcji polskiej. Za meble chce 7 tysięcy rubli. (…) Kiedy do nich przyszedłem pieścił swoje nowe żyguli pod blokiem. Właśnie odkurzał tapicerkę.

Zawsze mnie interesowało, co ludzie robią, by w tym klimacie samochody jeździły. W Polsce przy 20-stopniowym mrozie połowa właścicieli nie może uruchomić swych pojazdów. Na północy Rosji pod silnik samochodu wsuwa się zwykłą kuchenkę gazową, by rozgrzać nieco olej. Przy tutejszych mrozach olej jest gęsty jak smoła, więc akumulator nie może zakręcić silnikiem. Można też gorącą wodą polać kolektor, żeby ogrzać pierwszy haust powietrza, który silnik zaciągnie przy zapalaniu. Inny prosty sposób polega na wpuszczeniu do filtra powietrza kropli eteru. Eter z powietrzem tworzy bardzo wybuchową mieszankę, która mogłaby uruchomić nie tylko samochód, ale i statek kosmiczny. To niebezpieczny i, jak dwa pozostałe, dziadowski sposób. Silniki bardzo ich nie lubią.

Większość wlaścicieli na własną rękę montuje w chłodnicach grzałki, takie jak do gotowania wody. Na noc stawiają samochody pod domami, spuszczają z okien kable i podłączają ukochane maszyny do prądu, tak że płyn chłodzący i silnik cały czas są lekko ciepłe. Oczywiście każdej nocy trzeba zanieść akumulator do mieszkania.

*Jacek Hugo-Bader W rajskiej dolinie wśród zielska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010, strony 322-333.

 

ZA PLECAMI STEP

Wysokie domy stawia się, gdy miejsca szkoda. Na małym terenie mieszka dużo ludzi. Obok siebie by się nie zmieścili, więc budują wieżowce, w których jeden człowiek mieszka nad drugim.

Wizjonerzy robią inaczej. Wbrew rozsądkowi stawiają bloki w stepie, gdzie przestrzeń jest jedynym, czego nie brakuje. Wiemy, jak nazywał się człowiek, którego pomysłem było postawienie wieżowca w samym centrum zniszczonej Warszawy. Pałac Kultury był tak wysoki, że nie tylko mieszkańcy stolicy, ale i całego kraju widzieli, że wizjoner wyznaje logikę przemocy symbolicznej, nie ekonomii przestrzeni. Projektowanie budynków może przypominać kupowanie butów na wyrost. Często jednak staje się niemożliwym do przeoczenia manifestem.

pkin-pl.grzybowski

 

 

 

 

 

Pałac Kultury, rumuńskie bloki na wsiach, sowieckie miasta w stepie. Jak tam jest? Stasiuk tam był. Objechał samochodem kawał świata. Tę część, gdzie króluje dykta, ortalion i to, co zostało po wizjonerach.

Andrzej Stasiuk WSCHÓD*:

Trzypiętrowe domy przy ulicy pochodziły pewnie z przełomu lat dwudziestych i trzydziestych i wyglądały na całkiem przyzwoity modernizm. Jednak tutaj, na Dalekim Wschodzie, opuszczenie dopadło je zaraz po wybudowaniu. Opuszczenie dalekowschodnie oraz ideologiczne, bo bardzo szybko się okazało, że modernizm musi ustąpić socrealizmowi. Tak więc wokół na tysiące kilometrów rozciągał się step, a tutaj ta architektura. To się nie mogło udać. Dlatego teraz stało złuszczone i z liszajami.

Wokół rosło zielsko i topole. Drzewa sprawiały wrażenie wynędzniałych, ale one po prostu nie miały czasu całkiem się rozwinąć w krótkim, kontynentalnym lecie. Poszliśmy dalej, w stronę peryferii, pomiędzy zwyczajne bloki. Były tak samo zrujnowane. Na dachu jednego obłaził wielki napis „MOŁOKO”. Tworzywo albo sklejka odpadły od drucianego szkieletu. wyobrażałem sobie, że na innych dachach stoją napisy „CHLEB”, „MIĘSO”, „SER”, i tak w całej Rosji, dalej na północ, w nagiej tundrze, na wiecznej zmarzlinie stoją następne: „KAWA”, „SAMOCHÓD”, „PENICYLINA”, „MYDŁO”. Wyobrażałem sobie, że w cały kraj od Moskwy po Kamczatkę powtykane są słowa wyklepane i pospawane z blachy, słowa z laminatu, z żywicy epoksydowej, ze zbrojonego szkła, z żelaznych prętów, z dykty, z betonu, z drewna, z czarnej gumy, z aluminium, z fiberglasu, z resztek, słowo za słowem, żeby ludzie mieli wszystko, żeby to mogli czytać, ponieważ świat nareszcie miał na powrót należeć do nich. Żeby mogli wymieniać wszystkie nazwy, tak jak na początku, gdy praojciec nadawał imiona wszelkiemu stworzeniu. Tak, w Czycie było „MOŁOKO” wśród peryfefyjnej zabudowy, gdzie mróz na przemian z upałem rozkruszały beton, a za plecami ostatnich domów zaczynał się step wiodący w nicość, pomiędzy kości i kurhany.

*Andrzej Stasiuk WSCHÓD, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014, s. 35-36.

Na zdjęciu poniżej Bijsk.

bijsk_sowieckaja

Łączy nas jedno

Andrzej Stasiuk nie kocha bloków. Przemierzając wzdłuż i wszerz wschodnioeuropejskie rubieże, widzi je w każdym mieście i miasteczku, ale zawsze szybko jedzie dalej. Lepiej czuje się w przygranicznych wioskach, gdzie bary są zakurzone, a w zaułkach rosną dzikie wysypiska. O blokach Stasiuk tylko wspomina, ale to wystarczy, by w czytelniku powstało wrażenie, że wielka płyta to nieodłączny element krajobrazu tej części świata. Stare blokowiska sprowadzają myśli znów na tor przeczuć i obaw, że architektura ma jednak coś wspólnego z ustrojem.

Nowa książka Andrzeja Stasiuka nazywa się Wschód. Ukaże się 24 września nakładem wydawnictwa Czarne. Na razie wracamy do opisu mołdawskich bloków z książki Jadąc do Babadag:

Kiszyniów, ach Kiszyniów! Białe blokowiska na zielonych wzgórzach. Widać je z północy, południa, ze wschodu i zachodu. Piętrzą się niczym skalne urwiska. Jesienią w słońcu. Chwała geometrii w rozfalowanym, nieregularnym pejzażu. Nie ma niczego większego ani wyższego w całej Mołdawii. image

Gigantyczne nagrobki wetknięte w urodzajną, pulchną ziemię. Kamienne tablice egalitaryzmu. Termitiery wszechświatowego postępu. Nowe Jeruzalem w stanie śmierci technicznej. Na wylotówkach z miasta stoją ciężarówki załadowane plastikowymi beczkami, gąsiorami na wino, słoikami Wecka, tysiącami naczyń,w które Mołdawia przed zimą zapakuje swe bogactwa, żeby przetrwać. Zakisi, zamarynuje, sfermentuje, wypasteryzuje, zasoli zawartość swych sadów i ogrodów. W centrum na bulwarze Stefana Wielkiego i Świętego, wśród salonów z japońską elektroniką i włoskimi butami, wędrowali ludzie objuczeni słoikami. Nieśli po dziesięć, po dwadzieścia sztuk zmyślnie popakowanych nowiutkich weków. Albo błyszczące ocynkowane wiadra. Albo torby pełne ogórków i pomidorów. Turlały się furgonetki wyładowane arbuzami i ciągnęły przyczepy pełne melonów. Stary Kiszyniów był w istocie taką trochę wyższą wsią. Wystarczyło zejść nieco w bok z głównego deptaka i zaczynały się parterowe albo jednopiętrowe domy, zatopione w zieleni, odgrodzone drewnianymi parkanami, przechadzały się koty i ludzie przysiadywali na schodkach. Takie było stare centrum, dwadzieścia ulic na krzyż i snujące się resztki zapachu sennej imperialnej prowincji. Gdyby znikły samochody, wszystko byłoby jak kiedyś, jak sto lat temu.

Andrzej Stasiuk, Jadąc do Babadag, Wołowiec 2004, strony 150-151.

wszystkie zdjęcia w tym wpisie pochądzą ze strony KP81-fotoimage

Fanatyzm to kwestia klimatu

Tu też są place zabaw między wysokimi blokami. Obok spożywczaka kilka budek tworzy bazarek, a na ławkach opalają się starsi panowie w rozpiętych koszulach. Dlaczego każdy zna to osiedle? Bo jadąc tu z centrum tramwajem, mija się stadion. Jesteśmy na Widzewie.

– Chcesz posłuchać o osiedlu? To siadaj.pani na widzewie

– No, my jesteśmy  stąd, więc nigdy nie mieliśmy specjalnego wyboru, komu kibicować. Ale na meczu to ja byłem tylko parę razy. Każdy zna te historie o wojnach klubów, bo albo sam dostał wpierdol od chłopaków z ŁKS-u, albo mu kolega opowiadał, ale to dotyczy głównie tych zaangażowanych kibiców. Ja bym powiedział, że z każdym pokoleniem jest ich coraz mniej. Na Widzewie głównie starzy ludzie mieszkają.

Damian w bloku przy Górce Widzewskiej mieszka całe życie, ale nie wszystkich zna.

– Tu jest mało ludzi, którzy znają się na czymkolwiek, ale zdarzają się tacy, co to chcą wiedzieć wszystko o sąsiadach. Jest taki pan z pieskeim. On potrafi dowolną ilość czasu stać i obserwować, jak dzieje się coś ciekawego, jak ktoś się przeprowadza na przykład.

Większość moich przyjaźni ze szkoły się porozchodziła. Mnóstwo ludzi wyjechało. W którymś momencie od przyjaźni ważniejsze stają się pieniądze.

Teraz remontują Fabryczną i „Łódź buduje trasę W-Z”, a ja nie wiem, dla kogo te drogi. Oczywiście, kocham to miasto… bo się w nim urodziłem. Mam masę wspomnień z podwórka, tu z górki, ale też chcę wyjechać. Myślę o Kanadzie i Nowej Zelandii.

Po Widzewie można się spokojnie przejść, będąc kibicem Legii. O tej porze roku na każdym tutejszym podwórku kwitną jaśminy. Lokal w pawilonach zamknięty, bo w środku wesele. Przed wejściem stoi czerwony samochód z bialymi wstążkami. Widzew spadł do drugiej ligi, ale to nie jest największe zmartwienie na blokach.

Pozdrowienia dla Maćka i Damiana!widzew_jaśmin

 

TREME_TREME

„Trzęsie się, ale się nie wali” – tak o swoim bloku mówili mieszkańcy São Vito. Mówili, bo Treme-Treme w końcu upadło.

sarzekaW 1982 roku była powódź. Rzeka Tamanduateí wylała. Dwie studnie artezyjskie dostarczające wodę mieszkańcom bloku São Vito zostały zanieczyszczone. Ale nie tylko z wodą był problem. Zerwanie umowy z firmą wywożącą odpady sprawiło, że z 27 pięter posypały się śmieci. Dlaczego zamiast zwieść je na dół, mieszkańcy wyrzucali śmieci przez okna? Bo winda dochodziła tylko do 15 piętra. W 2002 roku trzeba było odstać pół godziny w kolejce, żeby do niej wsiąść. Wtedy dwie pozostałe windy już dawno nie działały.

Plan wieżowca mieszkalnego, mającego stać się domem dla ludzi napływających do São Paulo i wielodzietnych rodzin, został opracowany przez Arona Kogana. Architekt zaprojektował 624 mieszkania o powierzchni 28 metrów każde. Pięter było 27 i każde wyglądało tak samo – 24 mieszkania i jeden korytarz – dosyć wąski (80 cm) – ale za to bardzo długi.sao_vito_plan

Prawdziwe problemy pojawiły się podobno wtedy, gdy mieszkańcy zaczęli dzielić mieszkania na mniejsze. W połowie lat ’80 po wąskich korytarzach chodziło 3 500 sąsiadów i nikt nie myślał o wyprowadzce. Nikt nie zapalał światła, bo na korytarzach go nie było.

Gdy ogromny budynek niszczeje, koszty jego utrzymania lawinowo rosną. Jeżeli zamieszkuje go społeczność ludzi o minimalnych dochodach, sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli. Historia São Vito do złudzenia przypomina to, co stało się w St. Louis, gdzie cały ciężar utrzymania osiedla Pruitt-Igoe spoczywał na jego mieszkańcach. Pruitt-Igoe runęło w 1976 roku. Ostatnie 140 rodzin wyprowadziło się z São Vito 25 czerwca 2004. Budynek przez sześć lat stał pusty. Jak powiedzieli w telewizji, stan budynku był tak zły, że zagrażał przechodniom. Na głowę sypały się kawałki szkła. Rozbiórkę Treme-Treme ukończono w 2011 roku. Kupcy z Mercado Municipal się ucieszyli. Relacja Pauli Araujo:

projekt Errante

Znany jest przypadek, kiedy to w jednym z warszawskich ogrodów wycięto 200 drzew, żeby przywrócić jego stan pierwotny. Zwykle jednak, powrót do poprzednich etapów funkcjonowania przestrzeni kojarzy się z sadzeniem drzew.

Rejon São Paulo, gdzie rzeka Tamanduatei płynie obok Mercado Municipal, wciąż nazywa się Park Dom Pedro II. Po parku śladu nie ma, a wzdłóż wyregulowanych betonowych brzegów biegnie jedna z głównych ulic metropolii.

Właśnie tam, w sercu miasta, artysta Héctor Zamora posadził drzewa. Tym samym podjął próbę pogodzenia dwóch porządków, obu naturalnych – dla człowieka zdobywanie przestrzeni jest tak samo oczywiste, jak wypuszczanie nowych liści dla drzewa.foto:Hector_Zamora

Odzyskał dla nich miejsce w całkowicie zurbanizowanej przestrzeni, instalując ogromne donice. Drzewa zawisły nad płynącą w dole rzeką. Żelazne stelaże, stalowe liny i ekipa robotników przywróciły roślinność dzielnicy Park Dom Pedro II.foto:Hector_Zamora

Na zdjęciach i filmie dokumentującym powstawanie instalacji widać proces zachodzący równolegle. Gdy Héctor Zamora, wraz z ekipą, zaczynał pracę, blok São Vito wciąż stał w tle. Cały pokryty rysunkami, z szybami w strzępach, czekał na rozbiórkę. Na kolejnych zdjęciach widać, jak został przykryty płachtami, pod którymi inna ekipa robotników mogła zacząć swoją pracę. W przypadku São Vito nie można było zastosować metody implozji, by nie uszkodzić pobliskiego Mercado Municipal.

Dlaczego ten ogromny blok musiał zniknąć?

O tym niedługo.

Wszystkie zdjęcia w tym wpisie pochodzą z oficjalnej strony artysty.

EVERGREEN STATE

Był kiedyś wywiad z Sophie Marceau, w którym powiedziała, że Warszawę można przejść nie wychodząc z cienia drzewa.foto:bloki_to_my

Sophie Marceau w Warszawie już nie mieszka. Drzewa teraz liści nie mają – a nawet, gdyby miały – żeby rzucić cień, trzeba stać pod słońce.

Ale jest podwórko, gdzie drzewa liści nie tracą. W Berlinie może być śnieżyca, a tym drzewom nic nie przeszkodzi w poprawianiu mieszkańcom humoru. Witajcie na Friedrichsfelder Tor. 

 

foto:bloki_to_my

 

80 malarzy-muralistów zrzeszonych w kolektywie CitéCréation zmieniło beton w las. 22000 metrów kwadratowych betonu. Tak powstał największy na świecie mural-na-budynku-mieszkalnym. Lokatorzy wydają się zadowoleni. A drzewa tylko w nocy są czarne, nie zielone. DSCN1168