Bloki w słońcu

Na południu Warszawy jest wielkie blokowisko. Nie w jeden dzień je zbudowano, ale bardzo, bardzo szybko. „Bloki w słońcu”* to reportaż opowiadający historię powstania Ursynowa Północnego, ale przede wszystkim, książka ta jest świadectwem czasów, w których ten śmiały projekt został zrealizowany.

bloki-w-sloncu_okladka

220 hektarów, 40 000 obywateli do zakwaterowania i wymiary prefabrykatów – takie były warunki brzegowe narzucone architektom. Resztę pozostawiono ich fantazji. Konkurs rozpisany przez SARP spotkał się z ogromnym zainteresowaniem – co w ogóle nie dziwi, w końcu w Polsce lat ’70 mieliśmy już wielu specjalistów od osiedli z wielkiej płyty. Jak to się stało, że w końcu projektowanie tak dużej inwestycji powierzono zespołowi bardzo młodych architektów? Tak młodych, że dopiero robili dyplomy i zdobywali pierwsze doświadczenia zawodowe. Jak to możliwe, że po tylu dekadach słuchania zdewaluowanych socjalistycznych sloganów ci młodzi twórcy wciąż wierzyli w możliwość kształtowania człowieka przez system, odpowiednio zaplanowaną przestrzeń i socjotechnikę? Jak dogorywający aparat państwowy zdobył się na jeszcze jeden wysiłek i zagospodarował łąki i pola okalające Mokotów od Południa?

Lidia Pańków opisuje Ursynów na bardzo wielu poziomach. Bada każdy wątek, który może dopełnić złożony obraz tego organizmu współtworzonego przez architektów, betonowe płyty, mieszkańców i …ich terapeutów. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, trudno uwierzyć, że projekty dzielnicy uwzględniały lokale przeznaczone na prowadzenie terapii z mieszkańcami – ale tak właśnie było. Czytając książkę „Bloki w słońcu”, ma się wrażenie, że każdy detal był zaplanowany i przemyślany – od biegu ulic, po wzór kafli w metrze. Ursynów jawi się jako projekt totalny, a jerzyki, nurkujące w bluszcz porastający wysoką na 10 pięter ścianę, są jego integralnym elementem. W tej książce opisane jest wszystko: Co to jest pieszociąg? Jak brak telefonów wpływa na życie społeczne? Skąd się wzięła Kopa Cwila? No i gdzie podziały się drewniane wigwamy?bloki-w-soncu_plac-zabaw* Lidia Pańków „Bloki w słońcu. Mała historia Ursynowa Północnego”, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016

mebel jako ścianka

Pani Ho.: Przyjęcia były u nas po dwadzieścia parę osób. Dzisiaj się zastanawiamy: rany boskie, jak myśmy się mieścili? A jednak jakoś się mieściliśmy.

Pan Ho.: Nasze pierwsze mieszkanie na Kochanowskiego, na Piaskach, miało 36 metrów z kawałkiem. Jak dostaliśmy mieszkanie 48,7 m i do tego trzy pokoje – czyli 12 metrów więcej – mieliśmy wręcz obawy, czy będziemy w stanie to zagospodarować. Mieszkanie Mirona miało  jakieś 24 metry.

Pani Ho.: To była taka spora kawalerka, fajna.

Pan Ho.: Drzwi wejściowe miał troszkę przesunięte. Wchodziło się od razu do kuchni. Kuchnia z oknem na loggię i jeszcze z tego wykrojona łazienka. I do tego taki duży pokój, salon sypialniany. Znaczy salon – tam po prostu było wszystko.

Pani Ho.: Mieszkanie nasze i państwa Cho. były absolutnie jednakowe.

Pan Ho.: Na klatce była winda, schody, zsyp.państwo Ho. plan mieszkania

Pani Ho.: Wtedy mieszkania nie były oddawane w stanie surowym. To był standard. Można było wchodzić z meblami, jak się dostawało klucze. Kłopot polegał głównie na tym, że do tak małych mieszkań trzeba było specjalnych mebli. Jeżeli największy pokój – salon – miał 16 metrów, to łatwo sobie wyobrazić. Pamiętasz, jak kupowaliśmy kanapę? Trzeba było zdjąć bok, bo się nie mieściła w drzwiach. Moda na meblościanki spowodowana była przede wszystkim takim metrażem. Meblościanka, która stała wzdłuż ściany, do samego okna, musiała zawierać i szafę, i półki – myśmy mieli zawsze bardzo dużo książek – i najzwyklejsze rzeczy typu obrus i kuchenne sprzęty, bo kuchnia była bardzo malutka.

Pan Ho.: Łącznie z bielizną sypialnianą, bo proszę zobaczyć, ile wynosiła nasza sypialnia.

Pani Ho.: Tak, tutaj była nasza sypialnia – 6.5 metra. Tutaj stał tapczan, miał 140 cm szerokości, bo ściana do drzwi miała tylko tyle. Pod oknem była zabudowa, która pozwalała na to, żeby schować przynajmniej część bielizny pościelowej. No, trzeba mieć coś na zmianę. A z tej strony był grzejnik, więc też już nic nie można było zrobić. A więc ta meblościanka musiała pomieścić wszystko. Stąd zapotrzebowanie na takie meble było ogromne. Istniała forma zapisów. Co jakiś czas trzeba się było dowiadywać. Pamiętam, że na naszą czekaliśmy około trzech miesięcy; wtedy już wchodziły te takie trochę lepsze.mebloscianka

Pan Ho.: Bo w pierwszym mieszkaniu na Kochanowskiego mieliśmy z Wyszkowskiej Fabryki Mebli. To był typowy taki regał.

Pani Ho.: A to, co zamówiliśmy na Lizbońską już było trochę lepsze. Była taka ładna okleina meblowa, lekko błyszcząca, lepsze wykończenie, ładne szafki, łącznie z barkiem – no bo jakieś butelki i kieliszki też musiały gdzieś stać.

Pan Ho.: Problem bywał z ustawieniem, dlatego że ściany się niekoniecznie trzymały kąt prosty.

Pani Ho.: Meble trzeba było nie raz przycinać na skos, do ściany – bo nie przejmowano się tym wtedy. Nie wspomnę o ścianach, które były jak tarka – można było kartofle trzeć na ścianie. Wracając do mebli; rzeczywiście na ładniejsze meble zapotrzebowanie było bardzo duże. Łatwiej było z tymi meblami drobniejszymi, pamiętasz? Stół też udało się dostać, niski…

Pan Ho.: tak zwana ława podnoszona

Pani Ho.: …miała taka korbkę fajną, rozsuwały się takie dwie łapki i ten blat jechał do góry, potem się rozciągał i był taki, że hej! Można było talerze postawić, kiedy przychodzili goście. Krzeseł tylko praktycznie nie było takich normalnych, więc jak robiliśmy przyjęcie, to czasami sąsiedzi z dołu nam pożyczali. Życie sąsiedzkie wtedy kwitło.

Pan Ho.: Czasami się między dwoma krzesłami deskę do prasowania kładło, kocem się owinęło i siedzi się na tym.

***

A tu Białoszewski o Pani Cho. i pożyczaniu krzeseł:

„Do windy wsiadło dziecko tych drugich sąsiadów, nie wiedziałem, że mają. I matka. Młoda. Myślę sobie

– Och, jaka niemówiąca, delikatna, wąskie oczy, ciemna, bizantyjska, Madonna.

Jedziemy windą, ona w połowie drogi przemienia się nagle

– U pana jest woda? Bo u mnie nie ma.

– Nie ma ciepłej.

– U mnie nie ma żadnej cały dzień. – jest dopiero południe. – Co to jest, muszę iść do administracji.

Wysiadłem, myślę sobie

– Zupełnie nie madonna, i mowa trochę peryferyjna.

Mówię potem Tadziowi

– Bizancjum, ale peryferyjne, chociaż i Bizancjum musiało mieć przedmieścia. Zapomina się o tym. Ale mogłaby być cesarzową Teodorą.

– Zdążyłaby?

– Zdążyła.(…)

Przyszedł Le. Zapukano. Pan Julian otworzył. Głos kobiecy.

– Mogę rozmawiać z gospodarzem tego mieszkania?

Le. do drzwi. Sąsiadka, ta, co zdąży być jeszcze cesarzową bizantyjska, choć pochodzi z przedmieścia.

– Może pan mi pożyczyć ze dwa krzesła, bo przyszli goście i nie mam ich na czym posadzić?

– Mam tylko dwa krzesła. Nie mogę pożyczyć, dziś dzień przyjęć, wtorek. Nie ma krzeseł. Wtorek przyjęcia.”

Miron Białoszewski, Chamowo, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2009, strony: 22 i 36.

Bardzo dziękuję państwu Ho. za rozmowę!

Tu można przeczytać wcześniejszy fragment: pozdrowienia zza ściany

fot. Krzysztof Jabłoński, Wyszkowska Fabryka Mebli

Blok nad rzeką Leną

W Warszawie wiosna w pełni. Lada moment na Mokotowie zaczną kwitnąć drzewa owocowe. Czy dla kogoś pierwsze jaskółki mogą zwiastować kłopoty? Po odpowiedź na to pytanie wracamy na Syberię. Pisaliśmy wcześniej, jak wygląda zima w Workucie. A jak jest wiosną w Jakucku?

„W dzielnicy Założnej mróz jest zbawieniem.

Mróz trzyma tu otoczenie, środowisko, glebę w rygorystycznej dyscyplinie, w żelaznym porządku, w mocnej i stabilnej równowadze. Osadzone na zamarzniętej, twardej jak beton ziemi, domy stoją prosto i pewnie, po ulicach można chodzić i jeździć, koła nie grzęzną w oślizłych trzęsawiskach, buty nie zostają w mazistej brei.

Wystarczy jednak (…), żeby przyszło ciepło.

Wypuszczone z uchwytu mrozu domki wiotczeją i osuwają się w głąb ziemi. Domki te już od wielu lat stoją znacznie poniżej poziomu ulicy, ponieważ, postawione kiedyś na wiecznej zmarzlinie, swoim ciepłem wyrobiły sobie w zlodowaciałej glebie nisze, w których z każdym rokiem pogrążają się coraz bardziej. Każdy domek stoi w osobnym i coraz głębszym dołku.jakuck_drewniane

Teraz fala kwietniowego ciepła uderza w dzielnicę Założną i jej koślawe, biedne domki wykrzywiają się, pokracznieją, rozłażą i przysiadają jeszcze niżej w ziemi. Cała dzielnica kurczy się, maleje, zapada tak, że w niektórych miejscach widzimy już tylko dachy – jakby wielka flota łodzi podwodnych stopniowo zanurzała się w morzu. (…)

Przyroda jest na Syberii ekstremalna, wszystko jest tu gwałtowne i skrajne, więc jeżeli błoto w Jakucku zalewa domy, to nie jest to żadne kapanie, ciurkanie rozwodnionej szarociemnej mazi, tylko atak rozpacianej lawiny, która nagle i niepowstrzymanie rusza w kierunku ganków i drzwi, zapełnia przejścia i podwórza. Ulice jakby występują z brzegów i wlewają się do domków Założnej. (…)

Podobnie jak dzielnice slumsów w Ameryce Łacińskiej (Favelas w Rio de Janeiro, Callapas w Santiago de Chile itd.) dzielnica Założna w Jakucku jest zamkniętą strukturą. Bieda, brud i błoto tworzą tu jednolity, koherentny, spójny krajobraz, w którym wszystkie elementy wiążą się wzajemnie, są współzależne. Jak okiem sięgnąć, nie ma tu żadnych kontrastów, żaden symbol dobrobytu nie unosi się ponad pejzaż ubóstwa. Istotą takich zamkniętych struktur jest to, że nie można tu poprawić jakiejś jednej poszczególnej rzeczy – natychmiast na przeszkodzie staną inne elementy i ogniwa struktury. Nie można na przykład sprawić, aby ludzie mieli czyste buty: wszechobecne błocko na to nie pozwoli.

Dzielnicę Założną można tylko zburzyć, a jej mieszkańców przenieść do nowych domów. Rzecz jednak w tym, że te nowe, ostatnio zbudowane domy nie są wiele lepsze. Być może są nawet gorsze. Ledwie zbudowane bloki z wielkiej płyty są już krzywe, popękane, tynk płatami poodpadał ze ścian. Woda ciepła i zimna, cała kanalizacja prowadzona jest rurami, które biegną na zewnątrz domów i przecinają podwórza, place, ulice we wszystkich kierunkach. Rury te, owinięte w pakuły i szmaty, w różne blachy i taśmy metalowe, powiązane dodatkowo drutem i sznurami – widać wszędzie.jakuck_bloki2

Rury często pękają. Jeżeli jest zima (dziewięć miesięcy w roku), w miejscu pęknięcia tworzy się szybko ogromna góra lodowa, której nikt później nie usuwa. Góry te widać to tu, to tam – masywne, ciężkie, połyskujące w słońcu. Ta gmatwanina rur, przewodów, kolanek, kranów, wśród której przechodzą ulice, sprawia, że nowe dzielnice Jakucka wyglądają jak wielkie hale fabryczne, których nie zdążono jeszcze pokryć dachem.

W jednej z takich hal-dzielnic stoi długa, cierpliwa kolejka. Podchodzę bliżej do stoiska, przy którym pracują dwie ubrane w białe fartuchy sprzedawczynie. Chcę zobaczyć, co sprzedają, na co czeka ten tłum skulonych i tupiących nogami ludzi. Sprzedają tort. Jeden rodzaj tortu, jeden typ, z jednym, identycznym wzorkiem z różowego kremu. Tort bierze się ot tak – prosto w ręce. Ciasto nie rozleci się, jest zamarznięte na kość.”*

Powyższy fragment pochodzi z książki Ryszarda Kapuścińskiego Imperium, z jej drugiej części Z lotu ptaka. Składające się na nią reportaże, z lat 1989-1991, opisują podroż Kapuścińskiego po przechodzącym transformację Związku Radzieckim. Od tamtej pory wiele się zmieniło. Z pewnością nie ma już kolejek po tort. Ale – jak widać na zdjęciach z Google maps – rury ciągle biegną nad ulicami. Wieczna zmarzlina przetrwała komunizm i jego upadek.

*Ryszard Kapuściński, Imperium, Czytelnik, Warszawa 1993, strona 187-190

wszystkie zdjęcia w tym wpisie: google maps street viewjakuck_bloki_rury1

Grzałki w chłodnicach

Kończą się ferie i w poniedziałek dzieci wracają do szkoły. W Warszawie przez ostatnie dwa tygodnie zimy nie było. Na wawrzyszewskich podwórkach leżą malutkie łaty śniegu i bałwan ulepiony nie wiem z czego.foto:bloki_to_my

Jeżeli nie w Warszawie, to gdzie jest zima? Na dalekiej północy. Tam, gdzie nikt nie chce się zapuszczać. Tam, gdzie jeżdżą reporterzy, żeby ludziom zadać pytanie: co tu robisz? Zima jest w Workucie. Ludzie tam normalnie żyją. Mieszkają w blokach. Jacek Hugo-Bader pisze w Rajskiej dolinie wśród zielska*:

Władysław Dżebraiłowicz dał ogłoszenie, że szybko sprzeda nową, fabrycznie opakowaną sypialnię produkcji polskiej. Za meble chce 7 tysięcy rubli. (…) Kiedy do nich przyszedłem pieścił swoje nowe żyguli pod blokiem. Właśnie odkurzał tapicerkę.

Zawsze mnie interesowało, co ludzie robią, by w tym klimacie samochody jeździły. W Polsce przy 20-stopniowym mrozie połowa właścicieli nie może uruchomić swych pojazdów. Na północy Rosji pod silnik samochodu wsuwa się zwykłą kuchenkę gazową, by rozgrzać nieco olej. Przy tutejszych mrozach olej jest gęsty jak smoła, więc akumulator nie może zakręcić silnikiem. Można też gorącą wodą polać kolektor, żeby ogrzać pierwszy haust powietrza, który silnik zaciągnie przy zapalaniu. Inny prosty sposób polega na wpuszczeniu do filtra powietrza kropli eteru. Eter z powietrzem tworzy bardzo wybuchową mieszankę, która mogłaby uruchomić nie tylko samochód, ale i statek kosmiczny. To niebezpieczny i, jak dwa pozostałe, dziadowski sposób. Silniki bardzo ich nie lubią.

Większość wlaścicieli na własną rękę montuje w chłodnicach grzałki, takie jak do gotowania wody. Na noc stawiają samochody pod domami, spuszczają z okien kable i podłączają ukochane maszyny do prądu, tak że płyn chłodzący i silnik cały czas są lekko ciepłe. Oczywiście każdej nocy trzeba zanieść akumulator do mieszkania.

*Jacek Hugo-Bader W rajskiej dolinie wśród zielska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010, strony 322-333.

 

ZA PLECAMI STEP

Wysokie domy stawia się, gdy miejsca szkoda. Na małym terenie mieszka dużo ludzi. Obok siebie by się nie zmieścili, więc budują wieżowce, w których jeden człowiek mieszka nad drugim.

Wizjonerzy robią inaczej. Wbrew rozsądkowi stawiają bloki w stepie, gdzie przestrzeń jest jedynym, czego nie brakuje. Wiemy, jak nazywał się człowiek, którego pomysłem było postawienie wieżowca w samym centrum zniszczonej Warszawy. Pałac Kultury był tak wysoki, że nie tylko mieszkańcy stolicy, ale i całego kraju widzieli, że wizjoner wyznaje logikę przemocy symbolicznej, nie ekonomii przestrzeni. Projektowanie budynków może przypominać kupowanie butów na wyrost. Często jednak staje się niemożliwym do przeoczenia manifestem.

pkin-pl.grzybowski

 

 

 

 

 

Pałac Kultury, rumuńskie bloki na wsiach, sowieckie miasta w stepie. Jak tam jest? Stasiuk tam był. Objechał samochodem kawał świata. Tę część, gdzie króluje dykta, ortalion i to, co zostało po wizjonerach.

Andrzej Stasiuk WSCHÓD*:

Trzypiętrowe domy przy ulicy pochodziły pewnie z przełomu lat dwudziestych i trzydziestych i wyglądały na całkiem przyzwoity modernizm. Jednak tutaj, na Dalekim Wschodzie, opuszczenie dopadło je zaraz po wybudowaniu. Opuszczenie dalekowschodnie oraz ideologiczne, bo bardzo szybko się okazało, że modernizm musi ustąpić socrealizmowi. Tak więc wokół na tysiące kilometrów rozciągał się step, a tutaj ta architektura. To się nie mogło udać. Dlatego teraz stało złuszczone i z liszajami.

Wokół rosło zielsko i topole. Drzewa sprawiały wrażenie wynędzniałych, ale one po prostu nie miały czasu całkiem się rozwinąć w krótkim, kontynentalnym lecie. Poszliśmy dalej, w stronę peryferii, pomiędzy zwyczajne bloki. Były tak samo zrujnowane. Na dachu jednego obłaził wielki napis „MOŁOKO”. Tworzywo albo sklejka odpadły od drucianego szkieletu. wyobrażałem sobie, że na innych dachach stoją napisy „CHLEB”, „MIĘSO”, „SER”, i tak w całej Rosji, dalej na północ, w nagiej tundrze, na wiecznej zmarzlinie stoją następne: „KAWA”, „SAMOCHÓD”, „PENICYLINA”, „MYDŁO”. Wyobrażałem sobie, że w cały kraj od Moskwy po Kamczatkę powtykane są słowa wyklepane i pospawane z blachy, słowa z laminatu, z żywicy epoksydowej, ze zbrojonego szkła, z żelaznych prętów, z dykty, z betonu, z drewna, z czarnej gumy, z aluminium, z fiberglasu, z resztek, słowo za słowem, żeby ludzie mieli wszystko, żeby to mogli czytać, ponieważ świat nareszcie miał na powrót należeć do nich. Żeby mogli wymieniać wszystkie nazwy, tak jak na początku, gdy praojciec nadawał imiona wszelkiemu stworzeniu. Tak, w Czycie było „MOŁOKO” wśród peryfefyjnej zabudowy, gdzie mróz na przemian z upałem rozkruszały beton, a za plecami ostatnich domów zaczynał się step wiodący w nicość, pomiędzy kości i kurhany.

*Andrzej Stasiuk WSCHÓD, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014, s. 35-36.

Na zdjęciu poniżej Bijsk.

bijsk_sowieckaja

Łączy nas jedno

Andrzej Stasiuk nie kocha bloków. Przemierzając wzdłuż i wszerz wschodnioeuropejskie rubieże, widzi je w każdym mieście i miasteczku, ale zawsze szybko jedzie dalej. Lepiej czuje się w przygranicznych wioskach, gdzie bary są zakurzone, a w zaułkach rosną dzikie wysypiska. O blokach Stasiuk tylko wspomina, ale to wystarczy, by w czytelniku powstało wrażenie, że wielka płyta to nieodłączny element krajobrazu tej części świata. Stare blokowiska sprowadzają myśli znów na tor przeczuć i obaw, że architektura ma jednak coś wspólnego z ustrojem.

Nowa książka Andrzeja Stasiuka nazywa się Wschód. Ukaże się 24 września nakładem wydawnictwa Czarne. Na razie wracamy do opisu mołdawskich bloków z książki Jadąc do Babadag:

Kiszyniów, ach Kiszyniów! Białe blokowiska na zielonych wzgórzach. Widać je z północy, południa, ze wschodu i zachodu. Piętrzą się niczym skalne urwiska. Jesienią w słońcu. Chwała geometrii w rozfalowanym, nieregularnym pejzażu. Nie ma niczego większego ani wyższego w całej Mołdawii. image

Gigantyczne nagrobki wetknięte w urodzajną, pulchną ziemię. Kamienne tablice egalitaryzmu. Termitiery wszechświatowego postępu. Nowe Jeruzalem w stanie śmierci technicznej. Na wylotówkach z miasta stoją ciężarówki załadowane plastikowymi beczkami, gąsiorami na wino, słoikami Wecka, tysiącami naczyń,w które Mołdawia przed zimą zapakuje swe bogactwa, żeby przetrwać. Zakisi, zamarynuje, sfermentuje, wypasteryzuje, zasoli zawartość swych sadów i ogrodów. W centrum na bulwarze Stefana Wielkiego i Świętego, wśród salonów z japońską elektroniką i włoskimi butami, wędrowali ludzie objuczeni słoikami. Nieśli po dziesięć, po dwadzieścia sztuk zmyślnie popakowanych nowiutkich weków. Albo błyszczące ocynkowane wiadra. Albo torby pełne ogórków i pomidorów. Turlały się furgonetki wyładowane arbuzami i ciągnęły przyczepy pełne melonów. Stary Kiszyniów był w istocie taką trochę wyższą wsią. Wystarczyło zejść nieco w bok z głównego deptaka i zaczynały się parterowe albo jednopiętrowe domy, zatopione w zieleni, odgrodzone drewnianymi parkanami, przechadzały się koty i ludzie przysiadywali na schodkach. Takie było stare centrum, dwadzieścia ulic na krzyż i snujące się resztki zapachu sennej imperialnej prowincji. Gdyby znikły samochody, wszystko byłoby jak kiedyś, jak sto lat temu.

Andrzej Stasiuk, Jadąc do Babadag, Wołowiec 2004, strony 150-151.

wszystkie zdjęcia w tym wpisie pochądzą ze strony KP81-fotoimage

Chłopaki z Krochmalnej

25 tysięcy mieszkańców osiedla za Żelazną Bramą ma gdzie odpoczywać. Nie muszą nawet przedzierać się na drugą stronę Marszałkowskiej – do Ogrodu Saskiego. W Ogrodzie spacerują studenci i turyści. Tubylcy, z psami i dziećmi, wychodzą do Parku Mirowskiego. Duży plac zabaw, klomby z kwiatami, ławki; drzewa zdążyły już urosnąć. Po kłębach dymu z piekarnianych kominów i stukocie szewskich młotków ślad został tylko w literaturze.

Na Krochmalnej panował huk i zgiełk. przez otwarte drzwi wylewano pomyje, brudy płynęły wypełnionymi rynsztokami. Ktoś otworzył okno i wyrzucił śmieci. Na tej ulicy znajdowało się wiele piekarń, z kominów wydobywały się kłęby dymu. Stajnie przyciągały roje much. Ulica pulsowała życiem. Szewcy na zydlach reperowali obuwie przed drzwiami warsztatów. Kobiety kołysząc niemowlęta siedziały na stołkach i schodkach domów. Banda uliczników szła za niemową wołając chórem „Bałwan!”. Żony kłóciły się z mężami, a sąsiedzi usiłowali ich godzić. Azriel torował sobie drogę w kierunku ruin koszar Mirowskich. Koszary, chociaż powinny zostać do cna wyburzone jako relikt dawnych polskich rządów, nieoczekiwanie stały się miejscem postoju niezliczonych chłopskich wozów, dwukołowych beczek do rozwożenia piwa i dorożek; dzielnica ta stanowiła bowiem jeden wielki targ owoców, warzyw i mięsa.*

Izaak Bashevis Singer mieszkał na Krochmalnej, ale nie tam, gdzie na rogu z Żelazną stoją dwie przedwojenne kamienice. Dwie kamienice, w których on kolejno mieszkał, wojny nie przetrwały. Najpierw, zaraz po przeprowadzce z Radzymina, Singerowie mieszkali pod numerem 10. Po kilku latach przenieśli się do domu obok. Tam, pod numerem 12, mieszkanie było większe, wyposażone w ubikację i gaz do gotowania i lamp. Teraz rośnie tu park.foto:bloki_to_my

Singer pisał w jidysz. Nadzorował przekład własnych tekstów na angielski i to właśnie wydania anglojęzyczne są podstawą tłumaczeń na resztę języków. Zdarzenia opisywane w książkach Singera często mają miejsce w przedwojennej Warszawie. To świat mieszkających tu kiedyś Żydów. Od Singera wiemy, że na Krochmalnej były nie tylko piekarnie, ale też chasydzkie domy modlitwy (pod numerem 12 aż dwa – miński i radzymiński). Żydzi z dzielnicy północnej na miejsce odpoczynku zwykle wybierali Ogród Krasińskich, nie Saski. To była taka niepisana umowa z resztą społeczeństwa.

Raz do roku, pod koniec wakacji, przypominamy sobie, że Warszawa jest Singera. Program tegorocznej edycji festiwalu TUTAJ

*Izaak Bashevis Singer Dwór, cytat za Jacek Leociak Spojrzenia na warszawskie getto, Warszawa : Dom Spotkań z Historią, 2010. Zeszyt 6: Krochmalna, strona 32.

Szczególnie polecamy książkę Jacka Leociaka. Znajdziecie tam informacje o sześciu  warszawskich ulicach, opisujące je cytaty z literatury i plany z różnych etapów życia miasta.

foto:bloki_to_my

Przedwojenne kamienice na skrzyżowaniu Żelaznej i Krochmalnej.

DZIKA BANDA

Wergiliusz, Dante, Tołstoj. Po drugiej stronie Wólczyńskiej, gdzie Wawrzyszew zmienia się w Chomiczówkę, głównej ulicy osiedla patronuje Joseph Conrad. Ale kto to jest Pablo Neruda? Chilijski poeta. Dostał Nobla w 1971 roku. Dwa lata później zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach. Neruda_Tam umarła..

Kto, stojąc przed zadaniem nazwania kilku nowych ulic według klucza „wielcy pisarze”, jedną oddałby Nerudzie?

Można się spierać, czy Neruda był wielki, czy nie, ale jedno jest pewne: Warszawa nie zapomina. W książce Tam umarła śmierć pisarz oddał hołd naszemu miastu podnoszącemu się z popiołów. Jedna z ulic Chomiczówki jest warszawskim hołdem dla Pabla Nerudy. Jedenaście wielkich bloków i o wiele za mało wiciokrzewu. foto:bloki_to_my

Ludzie na Przyczółku

Słoneczny dzień na Przyczółku Grochowskim. Żółte elewacje odbijają słońce, śnieg się topi, kapie z dachów. Na górce koło szkoły dzieciaki jeżdżą na sankach.

foto:bloki_to_myAle nawet przypadkowy przechodzień od pierwszego wejrzenia wie, że to miejsce jest szczególne. Wzdłuż całego domu ciągną się galerie. Pod nimi na poziomie chodnika wije się korytarz. Prosto z niego wchodzi się do mieszkań. Blok ma prawie 2 kilometry długości. Korytarz zakręca 22 razy.

Przyczółek Grochowski zaprojektowali Zofia i Oskar Hansenowie. Filip Springer napisał o nich książkę Zaczyn i zamieszkał w zaprojektowanym przez nich galeriowcu.

foto:bloki_to_my

Filip Springer:

Do czego muszę tu przywyknąć:

Żeby zimą uważać na schodach. Na klatkach nie ma kaloryferów. Jak pada śnieg, to w środku jest lodowisko. Człowiek się ślizga, leci półpiętra i wali głową w skrzynki pocztowe na dole. Zbieranie się z podłogi nigdy nie odbywa się z godnością, akurat zjawi się starsza pani, załamie ręce i powie, żeby bardziej uważać i że tu miało być kiedyś więzienie, dlatego tak zimno na schodach. Już trzy razy mi tak mówiła. 

Że jak pada, to na Przyczółku huczy tak, jakby lało. Rynny biegną wewnątrz betonowych korytarzy, dźwięk płynącej wody odbija się od ścian. Idąc galerią, można sobie wtedy wyobrażać, że się mieszka nad potokiem. Albo w kanale. Każdy pewnie wyobraża sobie coś innego.

foto:bloki_to_myŻe ludzie na Przyczółku dzielą się na tych, co przez okno w kuchni widzą drzewa, i tych, co widzą ciemność. Ja należałbym do tych drugich, ale nie mam nawet okna. M., od którego wynajmuję mieszkanie, zamurował je jakiś czas temu. Mówi, że było niepotrzebne.

Że słyszę sąsiadów. Na dole dwa psy. Całymi dniami siedzą same. Ten większy woli szczekać, ten mniejszy jakby wyje. Oba raczej białe. Na oczy ich nie widziałem, ale tak je sobie wyobrażam. Robią sobie przerwy na dwie, trzy minuty, może im zasycha w gardłach. Potem znów zaczynają. U góry jest jeszcze miłośnik techno. I latem ten gość, co parkuje pod moimi oknami i rozmawia w samochodzie przez telefon za pomocą zestawu głośnomówiącego. Człowieku w czarnym oplu – wiem, jak próbujesz unikać płacenia podatków, a wcale wiedzieć nie chciałem!

Że po gości muszę wychodzić na parking albo przystanek. Mówią, że trafią, ale nigdy nie trafiają. Dzwonią potem i mówią – „Stoję pod twoimi drzwiami”. Oczywiście wychodzę, a ich nie ma. W takich sytuacjach najlepiej jest ich poprosić, żeby zapukali do tamtych drzwi i zapytali, gdzie są. Ludzie na Przyczółku są przyzwyczajeni. Pokierują pod dobry adres.

Że jak kogoś już tu prowadzę, to muszę tłumaczyć, że to osiedle naprawdę jest wyjątkowe.

Że mało kto mi wierzy.

Żeby nie patrzeć w oczy temu łysemu, który często stoi pod sklepem, bo drugi raz może mi nie uwierzyć, że jestem Anglikiem.

Żeby nie zerkać z galerii ludziom do mieszkań, bo można usłyszeć wiąchę (trudne, bo ja lubię tak zerkać).

Muszę też zacząć pytać o piękno. Zwłaszcza ludzi, którzy znali Hansenów. Ciągle o tym zapominam, a czasami po prostu nie mam odwagi. A chciałbym znać odpowiedź na pytanie:  czy Zofię i Oskara Hansenów obchodziło piękno?

Ludzie na Przyczółku mówią, że to pytanie jest ważne.       

Filip Springer, Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach, Wydawnictwo Karakter, Kraków – Warszawa 2013, s. 59-60.foto:bloki_to_my

 

POZIOME PASKI POSZERZAJĄ

Kolorowanie ogromnych płaszczyzn elewacji wymknęło się spod kontroli. Filip Springer w swojej ostatniej książce Wanna z kolumnadą* opisuje „pasteolozę” jak chorobę. Fakt, że decyzje o kolorach zapadają na zebraniach wspólnot mieszkaniowych szkodzi krajobrazowi.

Kolorami modernistów, którzy wymyślili wielkie bloki, była biel i szarość. Uważali, że wielkie domy dominują w przestrzeni na tyle, że dodawanie do nich silnych akcentów kolorystycznych byłoby już wizualnym barbarzyństwem. Wielka elewacja miała być jedynie tłem dla życia osiedla, a nie jego głównym elementem. Rozumieli to w większości projektanci polskich blokowisk, zapomnieli ci, którym przyszło te osiedla modernizować.

foto:bloki_to_myKierownik administracji jednego z osiedli w Rzeszowie:

– Na naszym osiedlu dominuje kolorystyka pastelowa. To jest kolor ciepły, przyjazny dla człowieka, miły. Proponują nam go architekci, my konsultujemy z radami osiedli. Sprzeciwów jak do tej pory nie było. Trudno, proszę pana, znaleźć kogoś, komu by się to nie podobało.

Ludzie odreagowują szare lata. Oswajają najbliższą przestrzeń. Trzeba być optymistą, by starać się nadać sympatyczny wygląd blokowi. Trzeba być optymistą i mieć małą wyobraźnię.

Po obu stronach ulicy Modzelewskiego ciągną się bloki – dokładnie dwa. Chodzi o ten odcinek między al. Lotników a Wilanowską, na warszawskim Służewcu.

foto:bloki_to_my

foto:bloki_to_myJeden blok cały pomalowany jest na żółto. Drugi każdą klatkę ma w innym kolorze. Jaka jest między nimi różnica? Czy któryś z nich wydaje się krótszy? A może mniejszy? Czy żółty zlewa się w jedną wielką masę? Jakie złudzenia optyczne działają, gdy patrzymy na te kolosy? Różnokolorowe klatki miały chyba podzielić blok na kilka mniejszych jednostek. Kolorowy blok to reprodukujący się w nieskończoność szereg segmentów.

A kolory, oprócz walorów estetycznych, mają przecież funkcję użyteczną. „(…) malunki ułatwiają orientację w przestrzeni.”

No właśnie… to które okno jest twoje?

* Filip Springer, Wanna z kolumnadą, Reportaże o polskiej przestrzeni,

Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013