Szklarz, poeta, przedszkolanka

Pani Ho.: Najgorsze były te blokowiska z długimi korytarzami. U nas jednak małe klatki, trzy mieszkania na jednym piętrze – to dawało wrażenie takiej intymności. Znaliśmy sąsiadów z dalszych klatek, bo z tego bloku sześć dziewczynek chodziło do tego samego przedszkola. Potem do tej samej szkoły podstawowej poszły. Stąd te sześć rodzin znało się z konieczności. Te dziewczynki do siebie chodziły, znaliśmy rodziców, odwiedzaliśmy się, oni wpadali do nas.

Pan Ho.: Z tych sześciu dziewczynek, pięć miało na imię Agnieszka. Tylko ta, co mieszkała pod nami, nazywała się Ania. Dyrektorka przedszkola mieszkała w sąsiedniej klatce, ta która przyjmowała naszą trzylatkę do przedszkola.Patryk WiśniewskiPan Ho.: Układ lokatorów na Lizbońskiej był niesłychanie proletariacki, że się tak wyrażę. Mieszkał Miron Białoszewski i mieszkali państwo Cho. – pani o oczach jak madonna Modiglianiego, jak pisał Miron – ona była sprzątaczką, jej mąż szklarzem. My w tym czasie zajmowaliśmy kierownicze stanowiska w przemyśle lekkim. Ja kierowałem przedsiębiorstwem usług biologicznych. Żona była w tym czasie zastępcą dyrektora zakładów odzieżowych.

Pani Ho.: Byłam dyrektorem handlowym zakładów odzieżowych.

Pan Ho.: A w tej samej klatce mieszkała Figlowa, która była…

Pani Ho.: …u mnie w magazynach pracowała. A więc, pełen przekrój nieomal społeczny i wszyscy mieszkaliśmy w takich samych warunkach.

Pan Ho.: W tym bloku również mieszkał zastępca naczelnika dzielnicy. Mieszkał też późniejszy dyrektor Mera-Pnefal; ale zasadniczo na Lizbońskiej to była raczej klasa robotnicza.

Pani Ho.: W tamtych latach – wydaje mi się – jeżeli chodzi o sprawy finansowe było znacznie skromniej, natomiast życzliwość ludzi wobec siebie była znacznie większa. Ludzie wspólnie – jak nie mieli czegoś-tam, to wszyscy nie mieli; jak przyjeżdżały pomarańcze, to wszyscy mieli pomarańcze. Pieniędzy wszyscy mieliśmy mniej więcej tyle samo. Szklarz i sprzątaczka mieszkali w takim samym mieszkaniu jak my.Patryk_WiśniewskiPani Ho.: Czy to mieszkanie sprawiało nam radość? – myślę, że tak, bardzo dużą. Po pierwsze dlatego, że było własne.

Pan Ho.: Może i trzeba było zdobywać niektóre rzeczy na zapisy, ale te dzisiejsze opowieści o czarnej nocy…

Pani Ho.: Czarna noc była dla tych, którym rodzice opowiadali o super mieszkaniach przed wojną w Warszawie, dworach i pałacach.

Pan Ho.: Więc ja rozumiem tych wszystkich, którzy narzekali, bo potracili dworki na Kresach – tylko nikt nie pytał tych, którzy pracowali na rzecz tych właścicieli.

Pani Ho.: A nasze rodziny to właśnie z tych pracujących, nie posiadających. My się wychowywaliśmy w trudnych – nieporównywalnie trudniejszych czasach niż teraz. Ja się urodziłam w środku Warszawy, na Chmielnej, gdzie połowa domów była zburzona. Ojciec pracował w biurze odbudowy stolicy, to dostał pokój dla rodziny z trójką dzieci. Dla mnie nie było gdzie łóżeczka postawić, to jak matka opowiadała, dwa krzesła były zsunięte i na tym mój becik był, żebym miała gdzie w ogóle spać. Za braćmi starszymi po gruzach latałam. Jak człowiek się wychowuje w takich warunkach, to wszystko, co się zdobywa w życiu, przynosi dużo radości.

Pan Ho.: Moi przyjechali z terenów dzisiejszej Białorusi, z Kresów. Nie mieszkali tam ani w pałacu, ani we dworku. Przyjechali, bo tu była Polska. Urodziłem się w domu, w którym prądu nie było. We wsi dwa kilometry dalej był już prąd. Dopiero jak miałem 5 lat, zacząłem w mieście mieszkać i prąd elektryczny miałem – a nie jestem taki stary, mam 69 lat.

Pani Ho.: Wieś poniemiecka, bo to były te tereny.

Pan Ho.: Moja córka w wieku 14 lat pytała nas, czy to prawda, że kiedyś były tylko czarno-białe telewizory, to jak ja miałem jej wytłumaczyć, co to jest lampa naftowa?

Pani Ho: No, ja miałam 13 lat, jak rodzice kupili pierwszy telewizor. Nazywał się „Belweder”. Do 13 roku życia wychowywałam się bez telewizora.

Pan Ho.: A ja swoim rodzicom telewizor kupiłem z pierwszej pensji.

Pani Ho.: Stąd też nas to mieszkanie cieszyło. Chociaż robiliśmy wszystko, żeby mieć lepsze. Przeprowadziliśmy się z Lizbońskiej na Lotaryńską – to jest przedłużenie Lizbońskiej, bliżej Wału Miedzeszyńskiego. Tam mieliśmy 125-metrowe, dwupoziomowe mieszkanie z zejściem do własnego ogródka – ale to był wynik tylko i wyłącznie naszej pracy i tego, że chcieliśmy lepiej. Jedno mogę powiedzieć – z wysokości, że tak powiem swojego wieku – znacznie przyjemniejsze jest życie, jeśli się jest człowiekiem pogodnym, ciszącym się z tego, co się ma.

Dziękuję państwu Ho. za rozmowę!

Wszystkie zdjęcia w tym wpisie zrobił Patryk Wiśniewski – dzięki Patryk!

Patryk_Wiśniewski
foto:Patryk_Wiśniewski

mebel jako ścianka

Pani Ho.: Przyjęcia były u nas po dwadzieścia parę osób. Dzisiaj się zastanawiamy: rany boskie, jak myśmy się mieścili? A jednak jakoś się mieściliśmy.

Pan Ho.: Nasze pierwsze mieszkanie na Kochanowskiego, na Piaskach, miało 36 metrów z kawałkiem. Jak dostaliśmy mieszkanie 48,7 m i do tego trzy pokoje – czyli 12 metrów więcej – mieliśmy wręcz obawy, czy będziemy w stanie to zagospodarować. Mieszkanie Mirona miało  jakieś 24 metry.

Pani Ho.: To była taka spora kawalerka, fajna.

Pan Ho.: Drzwi wejściowe miał troszkę przesunięte. Wchodziło się od razu do kuchni. Kuchnia z oknem na loggię i jeszcze z tego wykrojona łazienka. I do tego taki duży pokój, salon sypialniany. Znaczy salon – tam po prostu było wszystko.

Pani Ho.: Mieszkanie nasze i państwa Cho. były absolutnie jednakowe.

Pan Ho.: Na klatce była winda, schody, zsyp.państwo Ho. plan mieszkania

Pani Ho.: Wtedy mieszkania nie były oddawane w stanie surowym. To był standard. Można było wchodzić z meblami, jak się dostawało klucze. Kłopot polegał głównie na tym, że do tak małych mieszkań trzeba było specjalnych mebli. Jeżeli największy pokój – salon – miał 16 metrów, to łatwo sobie wyobrazić. Pamiętasz, jak kupowaliśmy kanapę? Trzeba było zdjąć bok, bo się nie mieściła w drzwiach. Moda na meblościanki spowodowana była przede wszystkim takim metrażem. Meblościanka, która stała wzdłuż ściany, do samego okna, musiała zawierać i szafę, i półki – myśmy mieli zawsze bardzo dużo książek – i najzwyklejsze rzeczy typu obrus i kuchenne sprzęty, bo kuchnia była bardzo malutka.

Pan Ho.: Łącznie z bielizną sypialnianą, bo proszę zobaczyć, ile wynosiła nasza sypialnia.

Pani Ho.: Tak, tutaj była nasza sypialnia – 6.5 metra. Tutaj stał tapczan, miał 140 cm szerokości, bo ściana do drzwi miała tylko tyle. Pod oknem była zabudowa, która pozwalała na to, żeby schować przynajmniej część bielizny pościelowej. No, trzeba mieć coś na zmianę. A z tej strony był grzejnik, więc też już nic nie można było zrobić. A więc ta meblościanka musiała pomieścić wszystko. Stąd zapotrzebowanie na takie meble było ogromne. Istniała forma zapisów. Co jakiś czas trzeba się było dowiadywać. Pamiętam, że na naszą czekaliśmy około trzech miesięcy; wtedy już wchodziły te takie trochę lepsze.mebloscianka

Pan Ho.: Bo w pierwszym mieszkaniu na Kochanowskiego mieliśmy z Wyszkowskiej Fabryki Mebli. To był typowy taki regał.

Pani Ho.: A to, co zamówiliśmy na Lizbońską już było trochę lepsze. Była taka ładna okleina meblowa, lekko błyszcząca, lepsze wykończenie, ładne szafki, łącznie z barkiem – no bo jakieś butelki i kieliszki też musiały gdzieś stać.

Pan Ho.: Problem bywał z ustawieniem, dlatego że ściany się niekoniecznie trzymały kąt prosty.

Pani Ho.: Meble trzeba było nie raz przycinać na skos, do ściany – bo nie przejmowano się tym wtedy. Nie wspomnę o ścianach, które były jak tarka – można było kartofle trzeć na ścianie. Wracając do mebli; rzeczywiście na ładniejsze meble zapotrzebowanie było bardzo duże. Łatwiej było z tymi meblami drobniejszymi, pamiętasz? Stół też udało się dostać, niski…

Pan Ho.: tak zwana ława podnoszona

Pani Ho.: …miała taka korbkę fajną, rozsuwały się takie dwie łapki i ten blat jechał do góry, potem się rozciągał i był taki, że hej! Można było talerze postawić, kiedy przychodzili goście. Krzeseł tylko praktycznie nie było takich normalnych, więc jak robiliśmy przyjęcie, to czasami sąsiedzi z dołu nam pożyczali. Życie sąsiedzkie wtedy kwitło.

Pan Ho.: Czasami się między dwoma krzesłami deskę do prasowania kładło, kocem się owinęło i siedzi się na tym.

***

A tu Białoszewski o Pani Cho. i pożyczaniu krzeseł:

„Do windy wsiadło dziecko tych drugich sąsiadów, nie wiedziałem, że mają. I matka. Młoda. Myślę sobie

– Och, jaka niemówiąca, delikatna, wąskie oczy, ciemna, bizantyjska, Madonna.

Jedziemy windą, ona w połowie drogi przemienia się nagle

– U pana jest woda? Bo u mnie nie ma.

– Nie ma ciepłej.

– U mnie nie ma żadnej cały dzień. – jest dopiero południe. – Co to jest, muszę iść do administracji.

Wysiadłem, myślę sobie

– Zupełnie nie madonna, i mowa trochę peryferyjna.

Mówię potem Tadziowi

– Bizancjum, ale peryferyjne, chociaż i Bizancjum musiało mieć przedmieścia. Zapomina się o tym. Ale mogłaby być cesarzową Teodorą.

– Zdążyłaby?

– Zdążyła.(…)

Przyszedł Le. Zapukano. Pan Julian otworzył. Głos kobiecy.

– Mogę rozmawiać z gospodarzem tego mieszkania?

Le. do drzwi. Sąsiadka, ta, co zdąży być jeszcze cesarzową bizantyjska, choć pochodzi z przedmieścia.

– Może pan mi pożyczyć ze dwa krzesła, bo przyszli goście i nie mam ich na czym posadzić?

– Mam tylko dwa krzesła. Nie mogę pożyczyć, dziś dzień przyjęć, wtorek. Nie ma krzeseł. Wtorek przyjęcia.”

Miron Białoszewski, Chamowo, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2009, strony: 22 i 36.

Bardzo dziękuję państwu Ho. za rozmowę!

Tu można przeczytać wcześniejszy fragment: pozdrowienia zza ściany

fot. Krzysztof Jabłoński, Wyszkowska Fabryka Mebli

pozdrowienia zza ściany

Pan Ho.: To było tak: dowiedzieliśmy się, który blok będzie nasz i przychodziliśmy na budowę. Jeszcze Trasa Łazienkowska była rozkopana, w budowie. Po jakichś krawężnikach, zakosami się szło do tego bloku, żeby nie utopić się w błocie. Marzec był, przed Wielkanocą, a klucze dostaliśmy i przeprowadziliśmy się w maju 1975.

Pani Ho.: Tam kapusta wcześniej rosła przecież. No i dwadzieścia lat tam mieszkaliśmy na 9 piętrze. Były trzy mieszkania: 61 – nasze, 62 – Mirona, i 63 – państwa Cho. Z tytułu tej małej klatki dosyć dobrze się znaliśmy wszyscy, no bo wystarczyło mocniejsze stuknięcie drzwiami, to reszta wiedziała.

Pani Ho.: Pamiętam, jak się pierwszy raz dowiedziałam, że nasz sąsiad to jest TEN Białoszewski. Na początku nie wiedzieliśmy o tym. Ktoś przez pomyłkę zapukał do naszych drzwi i zapytał: Czy tu jest pan Białoszewski? Ja mówię: Białoszewski? Ten Białoszewski? – on wtedy bardzo dużo publikował w „Przekroju”. Krakowski teatr wystawiał jakiś jego monodram i ja tak pytałam: Czy to aby na pewno ten Białoszewski, tu u nas? Tak, poeta Białoszewski tutaj mieszka. Dopiero później jego samego poznaliśmy. Taki trochę dziwak, bardzo miły, bardzo sympatyczny – dla nas spokojny miły pan.

Pan Ho.: Mi się wydaje, że mieszkańcy Lizbońskiej w znakomitej większości mieli w nosie Białoszewskiego i to, co on pisał.http://i.wp.pl/a/f/jpeg/31503/miron10.jpeg

Pani Ho.: Sądzę, że niewielu wiedziało, że obok pisarz mieszka.

Pan Ho.: Poza tym Mirona mało kto widział, bo on wychodził po zmroku, wieczorami.

Pani Ho.: Nocami często spacerował, pracował. W dzień spał. Jak ktoś szedł na 6, czy nawet na 8 do pracy, to go nie spotykał.

Pan Ho.: Z faktu, że nie chodził dniami tylko wieczorami, wynikało, że zawsze był taki blady.

Pani Ho.: Poza tym bardzo był chory na serce. W końcu kolejny zawał go dopadł. Miał taką ziemistą cerę typowych sercowców. Do tego bardzo chętnie na czarno się ubierał. Miał taką dyżurną czarną kurtko-marynarkę i berecik z antenką. Tak się najczęściej ubierał. Nie jakiś stylowy, tylko taki klasyczny z antenką.

Pan Ho.: To przepraszam, dozorca nasz lepiej się ubierał i wyglądał, chociaż był to człowiek prosty. Miron często chodził w płaszczu paskiem zawiązanym i z tym berecikiem. Ale to nie wyglądało jakby pozował – to nie był typ demonstracyjnej abnegacji, nie. To po prostu człowiek, który miał tak bogate życie wewnętrzne. Myślę nawet, że bardziej bezwiednie niż świadomie – wszystko robił, żeby nie było go widać, żeby się go nie zauważało. W tych książkach to wszystko widać.

Pani Ho.: Tak jak my, mieszkał tam od 75 roku. No, mamy wszystkie jego książki z dedykacjami. A szczególne zaprzyjaźnienie się powstawało na samym początku. Zupełnie przypadkiem zobaczyliśmy, że przechodzą technicy i zakładają telefony, więc szybko się zapytaliśmy: Czy my możemy też? – No tak, mamy wolne numery.

Mirona widocznie nie było w domu, bo nie miał telefonu i przychodził do nas, jak potrzebował zadzwonić. I stąd taka z nami bliższa znajomość niż z innymi sąsiadami.

Pan Ho.: On praktycznie może ze dwa razy korzystał z tego telefonu, ale prawdopodobnie chodziło o komfort, że zawsze może. Dla nas to był żaden problem.

Byłem zapraszany na wtorki literackie, on organizował takie spotkania. Była herbata, czasem jakieś ciastka, czy paluszki, czasem jakaś jedna butelka wina, a siedziało osób nawet kilkanaście – głównie młodzi ludzie z uniwersytetu. Nie było tam żadnej agitacji politycznej – nigdy się nie rozmawiało o tym. Miałem tam rolę szczególną, bo nie byłem niestety znawcą literatury, czy znawcą spraw, o których oni mówią, natomiast byłem niesłychanym autorytetem technicznym dla Mirona – parę razy mu coś tam naprawiłem. On telewizora nie miał. Raz mówi: Radio nie gra – dramat – ono już od paru tygodni jest nieczynne. Nie może sobie wieczorem włączyć, a muzyki chciałby posłuchać. Ja mówię: No to pan pokaże. Tylko bezpiecznik trzeba było wymienić. Zorientowałem się o co chodzi – a elektronik ze mnie żaden, nigdy nie miałem pojęcia, tylko tak po prostu… Więc byłem po tym, przez kilka spotkań przedstawiany przez Mirona jako cudotwórca, który nawet radio potrafi naprawić. Mówił: Zobaczcie, to jest mój sąsiad, zaprzyjaźniona osoba. Na tych spotkaniach poznałem również Kazimierza Wykę. Do szkoły podstawowej i średniej chodziłem na Mazurach, ale mieliśmy takiego polonistę,  który w nas próbował zaszczepić wiedzę o literaturze. Także były takie nazwiska jak Wyka, Kot, Sandauer –jak mój polonista je wymawiał, to niemalże na baczność stawał. A potem Miron Sandauerowi tłumaczył, jakim jestem cudotwórcą, bo nawet radio potrafię naprawić. To się żyje na takich śmiesznych peryferiach historii. To były świętości dla ludzi zajmujących się literaturą w owym czasie, a tutaj ja byłem stawiany, przedstawiany im jako cudotwórca.

Pani Ho.: A tu już jest dedykacja z 81 roku. Miron bardzo sobie cenił widok na Trasę. Oddzielała nas od trasy szkoła – Zespół Łączności – który zresztą tam jest do dzisiaj. I ten zespół szkół miał za płotem posadzone mnóstwo topoli. I my z tego 9 piętra, jak patrzyliśmy w dół, to czubki tych topoli widzieliśmy. To był taki ładny widok, dużo zieleni. On to bardzo lubił i ciągle pisał o tych topolach.

foto:bloki_to_my

Bardzo dziękuję państwu Ho. za rozmowę!

Dalsze jej części będziemy publikować w kolejnych wpisach.

A tu Białoszewski o topolach:

Wracałem spod swojego mostku na skrót łączką, wzdłuż topól. Jest tu ścieżka. Topól cały rząd. Idzie się w zapachach, w cieniu, jak na wsi. Ludzie, ci nowi, ci my, ośmielili się, już chodzą tędy z psami, z dziećmi, a nawet widziałem panią w kostiumie kąpielowym. To nasza łączka, nasza wieś. A nas w tym domu dużo. Ze sześćset, a może z osiemset. I tylko my jesteśmy z Lizbońskiej. Lizbońska 2. Lizbońskiej 1 nie ma i nie będzie, nigdy, bo po  nieparzystej stronie tyły szkoły, z piłką, z chłopakami.

Gorąc.

Miron Białoszewski, Chamowo,

Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2009, s. 14

CZAS WISI

60 km na północny zachód od Marfy TX, przy szosie nr 90, stoi mały budynek – sklep PRADY. Dwie duże witryny prezentują kolekcję z 2005 roku. Do środka wejść nie można, bo cały budynek jest rzeźbą, kapsułą czasową. Kawałek rzeczywistości roku 2005 ciągle tkwi na pustyni. W zamyśle artysty ma niszczeć, stopniowo zlewając się z otoczeniem.*

W Warszawie też są takie miejsca – uwięzione w czasie. Piaskownice, które po odejściu jednej generacji bobasów nie przyjęły kolejnej. Przez lata zlały się z otoczeniem. Utraciły swoją funkcję użytkową – jak sklep z modą, w którym wisi stara kolekcja.

foto:bloki_to_my

BIAŁOSZEWSKI na ten sam temat:

Wywiesiłem się z dziewiątego piętra w dół. Ile ludzi, dzieci, huśtawka, trawki, podlatuje piesek, niucha, pewnie urodzony w styczniu w lutym. W piaskownicy dzieci. Małe, mało. Jedno aż nieporadne. Co ono ma z tego? Czy ma? I ile? I nagle wypatrzyłem tą piaskownicę napadem całego uczucia. Ogromnie dużo ma. Nie wie co, ale całe jest w piachu. W obijaniu ręką o deskę, o ciepło. O, tak, pamiętam, jakbym tam spadł, jak w niebo, w ten piasek, grzebał się. I całe to małe towarzystwo nie liczy czasu. Zrobiła się z miejsca wieczność. Czas wisi. Czas jest odłożony. Już zwyciężony? Ale racja. Za ileś to ten piesek nie będzie tak w tym szczęściu. I to dziecko też nie. Zmienią się, odmienią z czasem. „Czas”, wyraz, jest. No, trudno. To tyle, co ja go teraz potrzymam w ręku nad podwórkiem. Wisi. Porozumienie. Ma dwa końce, ale jeden koniec utopiony w żywiole oddalenia, niezłapania. To tak i z Mozartem. On dawał mi wtedy, teraz ja odbieram. Trzymam za ten koniec, tamten utopiony. Więcej się nie da.

Miron Białoszewski, Chamowo, PIW, Warszawa 2009, s. 339-340

foto:bloki_to_my

piskownica pod blokiem Białoszewskiego, ul. Lizbońska 2

*sklep PRADY na pustyni to rzeźba Michaela Elmgreena i Ingara Dragseta. Miuccia Prada wyraziła zgodę na użycie logo jej firmy i sama wybrała przedmioty, które zostały umieszczone na witrynie. We wrześniu 2013 teksański Wydział Transportu uznał instalację za nielegalną reklamę zewnętrzną.

BLOK JAK RZEKA

Najkrótsza droga z domu nad rzekę – jedna z najbardziej wydeptanych ścieżek. Pierwszy raz ją pokonuję zaraz po przeprowadzce w nowe miejsce.

foto:bloki_to_my

Białoszewski wprowadził się na Lizbońską w środku czerwca. Swoją nocną wycieczkę najkrótszą drogą nad Wisłę odbył kilka dni później. Przygody, które go spotkały na tym kilkusetmetrowym spacerze opisał w Chamowie. W nowym miejscu dowolnie krótki odcinek może stać się labiryntem.

PODPOWIEDŹ: „dom” Białoszewskiego to 10 pięter, 8 klatek szarego bloku.

MIRON    BIAŁOSZEWSKI    CHAMOWO

Zebrałem się do wyjścia. Okazało się, że jest ciemno, ciepło. I pusto. Szedłem dość prędko spod mostku pod górę, cały czas wąskim lewym chodniczkiem Trasy przy barierze. W pewnej chwili ukazał się za barierą grodzącą jezdnię, za dwiema jezdniami, przy barierze przeciwnej chłopak. Szedł w stronę przeciwną. Poczułem do niego sympatię, choćby dlatego, że szedł na piechotę przez most. Przy Wiśle natrafiłem na podest, z którego trzeba zejść do połowy, a potem z niego wejść znów na most, ale już między grubą barierą od wpadnięcia pod samochód a normalną barierą do opierania łokci, od Wisły. foto:bloki_to_myNa podeście w cieniu stał chłop w gaciach. Podciągnął spodnie i zapiął, wziął teczkę i ruszył podestem naprzeciw. Starszy. Minąłem go. Zeszedł na sam dół, pod most, ale między filarami wrócił, poszedł na dalszą część Wału Miedzeszyńskiego. Wyglądało na to, że szukał dojścia do samej wody, a dojść tam nie ma. Z mostu granatowe otchłanie Wisły. Z drzewami. Po lewej. Nad środkiem konstelacja świateł. A to Trasa w skrócie, w górę, z wlotem pod Aleje Ujazdowskie, nad światłami latarni, tuneli wielopalącosięokienny dwudziestopiętrowiec. „Riwiera”. Za Wisłą, a przed odnogą w dole piasek. Patrzę, idzie po nim robot. Wyłonił się spod filarów. Niesie antenę. Głowa sztuczna. A to hełm. Chude, wysokie ubranie. Kroki dziwne, trudne. Idę, a mój cień padający z mostu na piasek zbliża się do jego cienia na piasku. Pomyślałem, że się o mnie dowie. Mijamy się cieniami, patrzy w górę. Zobaczył człowieka. Idzie dalej. Trudno, bo piasek. Do drzew, może coś mierzyć. Bo na moście czeka samochód roboczy. Za powrotem skręciłem spod filarów i Paryskiej w boczne przejścia, długie, łamane i gęste. Między parkanami. Domki, zapachy. Wplątałem się tak, że straciłem orientację. Przejście jak korytarzem, a tu odchodzi nagle uliczka Grecka. Plączę się dalej: Rumuńska. Myślę sobie

– Gdzie ja wyjdę?   

Ukazują mi się wielkie drzewa, bariera, podniesienie jakiejś jezdni.

– Nic innego, tylko Wisła. Ale dom. Wielki, długi, szary.

Po paru krokach orientacji okazało się, że to mój dom z najkrótszej strony i moje topole. I jezdnia mostku.*

*Miron Białoszewski Chamowo, s. 24-25, PIW, Warszawa 2009.

foto:bloki_to_my