punkt podparcia

Blok 7,600 ton. Rozcięli go na pół, w osi pionowej, a części rozsunęli. Jedna z lokatorek postawiła na balkonowej balustradzie szklankę z wodą. Podczas całej operacji szklanka nie drgnęła, ani kropla się nie rozlała. Bo blok rozsuwano z ludźmi w środku. Od tamtej pory mogli sobie pomachać przez ulicę. Wolna przestrzeń w miejscu, gdzie wcześniej stał budynek właśnie w ten sposób została zagospodarowana – puszczono tędy bulwar.Alba Iula_perspektywa

Takie spektakularne dokonania inżynierii zwykle są przedstawiane i postrzegane jako triumf ludzkiej woli, myśli technicznej nad naturą. Chyba, że za decyzją stoi dyktator słynący z arbitralnych decyzji, uprzykrzających życie całego społeczeństwa – wtedy przesuwanie bloku staje się kolejną bezsensowną manifestacją władzy.

Opisane przesuwanie bloku wydarzyło się wczesną wiosną 1987 roku w Rumunii – kraju od lat poddawanemu społecznym eksperymentom i represjom. Prezydent Nicolae Ceaușescu zapisał się w pamięci jako dyktator podejmujący brzemienne w skutki decyzje, niepoparte żadnymi merytorycznymi argumentami. Systematyzacja miast i wsi, dekret 770 – przy tych zarządzeniach jeden przesunięty blok przestaje wzruszać. W sumie, jak się spojrzy na plan miasta, w którym stoi – Alba Iula – powstały bulwar tworzy całkiem zgrabną oś z zabytkowym centrum. Może więc punkt wyjścia, postawienie bloku było złym pomysłem? Przesunięcie tylko naprawiło to urbanistyczne potknięcie. A może urbanista nie miał tu nic do powiedzenia, a ojciec narodu po prostu za często zmieniał zdanie? Wystarczająco często, żeby zmienić Rumunię w trudną do zdefiniowania przestrzeń, w której przestało być wiadomo, co ma sens, a co jest go całkowicie pozbawione.Alba Iuliaplan

PS Pisząc ten tekst, znalazłam stronę dokumentującą dwa tysiące lat historii miasta Alba Iula – pisaną (po angielsku) przez historyków i archeologów lokalnego uniwersytetu, zawierającą bardzo dużo starych zdjęć i opowieści: http://imagini-istorie.apulum.ro/index.php?lang=en

Liczba pokoi dowolna

Im wyżej, tym lepiej, chyba, że nie ma windy. Bez windy, nie ma co kupować nic powyżej drugiego piętra. Najlepiej pierwsze. Parter nie wchodzi w grę – na pewno przyjemnie mieć ogródek i krzaki przed oknem, do środka i tak nikt nie zagląda – ale sprzedać ciężko.

Bo kupując mieszkanie, często od razu myślimy o sprzedaży. Może to być tylko hipotetyczna sprzedaż – „jakby trzeba było się wynieść” – ale nawet ta nieplanowana i nierzeczywista, określa nasz stosunek do własnego domu, do jego wartości.

W przypadku bloków dochodzi jeszcze pytanie: wielka płyta, czy rama H? Nie mówiąc już o zawsze palącej kwestii odległości od metra,balkonu lub jego braku, strony świata na którą wychodzą okna salonu. Stąd właśnie różnice w cenie metra. Cztery pokoje na Chomiczówce: 442 000/ parter na Ursynowie: 570 000/ kawalerka na Bemowie: 223 000.

„Pamiętam, jak odbieraliśmy klucze do naszego pierwszego mieszkania – wspomina Małgorzata – pierwszego niewynajmowanego. Spotkaliśmy się z sąsiadami w jakiejś spółdzielczej kanciapie i losowaliśmy klucze. Znaczy, jako pracownikom naukowym, przysługiwał nam dodatkowy metraż, więc wiadomo było, że losujemy spośród większych mieszkań po lewej stronie klatki. Sąsiad z niepełnosprawną nogą miał zapewnione pierwsze piętro – parteru nie było, dół bloku wyjątkowo zajmowały lokale usługowe. Ale cała reszta uwarunkowań i parametrów znaczenia nie miała, mieszkania spółdzielnia oceniła jako jednakowe. Stąd metoda z losowaniem. Wszyscy musieli płacić za metr tyle samo. Nasze trzecie piętro bez windy pochłonęło tyle samo funduszy z dwóch książeczek mieszkaniowych, co sąsiada piętro niżej. To był 91 rok, rynek budowlany na chwilę przed własną transformacją. Bloki wybudowane jeszcze przez poprzedni system; trzeba przyznać, że jakoś stoją. Lubiłam tam mieszkać, chociaż córki tęskniły za ursynowskim podwórkiem.”Bloki-ceny 2

stara wichura

Była taka noc, że bardzo wiało, zupełnie jak dzisiaj. Miałam kilka lat, mieszkałam w bloku na Ursynowie i nauczyłam się właśnie słowa „huragan”. Sąsiad z dołu zabił nam okna gwoździami, bo na ostatnim piętrze wiało najbardziej. Następnego dnia była już ładna słoneczna pogoda. Poszłyśmy na zakupy, do spożywczaka na Hawajskiej. Mama mi jeszcze tłumaczyła, co i jak z tą pogodą. „Czasem jest taki wiatr, że zrywa dachy”… Rozejrzałam się dokoła. Wszystkie płaskie dachy mocno przywierały do ścian z wielkiej płyty. Nie wystawały ani troszeczkę, nie było ich praktycznie widać. Co to musi być za niewiarygodna siła? – pomyślałam.wichura

Bloki w słońcu

Na południu Warszawy jest wielkie blokowisko. Nie w jeden dzień je zbudowano, ale bardzo, bardzo szybko. „Bloki w słońcu”* to reportaż opowiadający historię powstania Ursynowa Północnego, ale przede wszystkim, książka ta jest świadectwem czasów, w których ten śmiały projekt został zrealizowany.

bloki-w-sloncu_okladka

220 hektarów, 40 000 obywateli do zakwaterowania i wymiary prefabrykatów – takie były warunki brzegowe narzucone architektom. Resztę pozostawiono ich fantazji. Konkurs rozpisany przez SARP spotkał się z ogromnym zainteresowaniem – co w ogóle nie dziwi, w końcu w Polsce lat ’70 mieliśmy już wielu specjalistów od osiedli z wielkiej płyty. Jak to się stało, że w końcu projektowanie tak dużej inwestycji powierzono zespołowi bardzo młodych architektów? Tak młodych, że dopiero robili dyplomy i zdobywali pierwsze doświadczenia zawodowe. Jak to możliwe, że po tylu dekadach słuchania zdewaluowanych socjalistycznych sloganów ci młodzi twórcy wciąż wierzyli w możliwość kształtowania człowieka przez system, odpowiednio zaplanowaną przestrzeń i socjotechnikę? Jak dogorywający aparat państwowy zdobył się na jeszcze jeden wysiłek i zagospodarował łąki i pola okalające Mokotów od Południa?

Lidia Pańków opisuje Ursynów na bardzo wielu poziomach. Bada każdy wątek, który może dopełnić złożony obraz tego organizmu współtworzonego przez architektów, betonowe płyty, mieszkańców i …ich terapeutów. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, trudno uwierzyć, że projekty dzielnicy uwzględniały lokale przeznaczone na prowadzenie terapii z mieszkańcami – ale tak właśnie było. Czytając książkę „Bloki w słońcu”, ma się wrażenie, że każdy detal był zaplanowany i przemyślany – od biegu ulic, po wzór kafli w metrze. Ursynów jawi się jako projekt totalny, a jerzyki, nurkujące w bluszcz porastający wysoką na 10 pięter ścianę, są jego integralnym elementem. W tej książce opisane jest wszystko: Co to jest pieszociąg? Jak brak telefonów wpływa na życie społeczne? Skąd się wzięła Kopa Cwila? No i gdzie podziały się drewniane wigwamy?bloki-w-soncu_plac-zabaw* Lidia Pańków „Bloki w słońcu. Mała historia Ursynowa Północnego”, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016

Szklarz, poeta, przedszkolanka

Pani Ho.: Najgorsze były te blokowiska z długimi korytarzami. U nas jednak małe klatki, trzy mieszkania na jednym piętrze – to dawało wrażenie takiej intymności. Znaliśmy sąsiadów z dalszych klatek, bo z tego bloku sześć dziewczynek chodziło do tego samego przedszkola. Potem do tej samej szkoły podstawowej poszły. Stąd te sześć rodzin znało się z konieczności. Te dziewczynki do siebie chodziły, znaliśmy rodziców, odwiedzaliśmy się, oni wpadali do nas.

Pan Ho.: Z tych sześciu dziewczynek, pięć miało na imię Agnieszka. Tylko ta, co mieszkała pod nami, nazywała się Ania. Dyrektorka przedszkola mieszkała w sąsiedniej klatce, ta która przyjmowała naszą trzylatkę do przedszkola.Patryk WiśniewskiPan Ho.: Układ lokatorów na Lizbońskiej był niesłychanie proletariacki, że się tak wyrażę. Mieszkał Miron Białoszewski i mieszkali państwo Cho. – pani o oczach jak madonna Modiglianiego, jak pisał Miron – ona była sprzątaczką, jej mąż szklarzem. My w tym czasie zajmowaliśmy kierownicze stanowiska w przemyśle lekkim. Ja kierowałem przedsiębiorstwem usług biologicznych. Żona była w tym czasie zastępcą dyrektora zakładów odzieżowych.

Pani Ho.: Byłam dyrektorem handlowym zakładów odzieżowych.

Pan Ho.: A w tej samej klatce mieszkała Figlowa, która była…

Pani Ho.: …u mnie w magazynach pracowała. A więc, pełen przekrój nieomal społeczny i wszyscy mieszkaliśmy w takich samych warunkach.

Pan Ho.: W tym bloku również mieszkał zastępca naczelnika dzielnicy. Mieszkał też późniejszy dyrektor Mera-Pnefal; ale zasadniczo na Lizbońskiej to była raczej klasa robotnicza.

Pani Ho.: W tamtych latach – wydaje mi się – jeżeli chodzi o sprawy finansowe było znacznie skromniej, natomiast życzliwość ludzi wobec siebie była znacznie większa. Ludzie wspólnie – jak nie mieli czegoś-tam, to wszyscy nie mieli; jak przyjeżdżały pomarańcze, to wszyscy mieli pomarańcze. Pieniędzy wszyscy mieliśmy mniej więcej tyle samo. Szklarz i sprzątaczka mieszkali w takim samym mieszkaniu jak my.Patryk_WiśniewskiPani Ho.: Czy to mieszkanie sprawiało nam radość? – myślę, że tak, bardzo dużą. Po pierwsze dlatego, że było własne.

Pan Ho.: Może i trzeba było zdobywać niektóre rzeczy na zapisy, ale te dzisiejsze opowieści o czarnej nocy…

Pani Ho.: Czarna noc była dla tych, którym rodzice opowiadali o super mieszkaniach przed wojną w Warszawie, dworach i pałacach.

Pan Ho.: Więc ja rozumiem tych wszystkich, którzy narzekali, bo potracili dworki na Kresach – tylko nikt nie pytał tych, którzy pracowali na rzecz tych właścicieli.

Pani Ho.: A nasze rodziny to właśnie z tych pracujących, nie posiadających. My się wychowywaliśmy w trudnych – nieporównywalnie trudniejszych czasach niż teraz. Ja się urodziłam w środku Warszawy, na Chmielnej, gdzie połowa domów była zburzona. Ojciec pracował w biurze odbudowy stolicy, to dostał pokój dla rodziny z trójką dzieci. Dla mnie nie było gdzie łóżeczka postawić, to jak matka opowiadała, dwa krzesła były zsunięte i na tym mój becik był, żebym miała gdzie w ogóle spać. Za braćmi starszymi po gruzach latałam. Jak człowiek się wychowuje w takich warunkach, to wszystko, co się zdobywa w życiu, przynosi dużo radości.

Pan Ho.: Moi przyjechali z terenów dzisiejszej Białorusi, z Kresów. Nie mieszkali tam ani w pałacu, ani we dworku. Przyjechali, bo tu była Polska. Urodziłem się w domu, w którym prądu nie było. We wsi dwa kilometry dalej był już prąd. Dopiero jak miałem 5 lat, zacząłem w mieście mieszkać i prąd elektryczny miałem – a nie jestem taki stary, mam 69 lat.

Pani Ho.: Wieś poniemiecka, bo to były te tereny.

Pan Ho.: Moja córka w wieku 14 lat pytała nas, czy to prawda, że kiedyś były tylko czarno-białe telewizory, to jak ja miałem jej wytłumaczyć, co to jest lampa naftowa?

Pani Ho: No, ja miałam 13 lat, jak rodzice kupili pierwszy telewizor. Nazywał się „Belweder”. Do 13 roku życia wychowywałam się bez telewizora.

Pan Ho.: A ja swoim rodzicom telewizor kupiłem z pierwszej pensji.

Pani Ho.: Stąd też nas to mieszkanie cieszyło. Chociaż robiliśmy wszystko, żeby mieć lepsze. Przeprowadziliśmy się z Lizbońskiej na Lotaryńską – to jest przedłużenie Lizbońskiej, bliżej Wału Miedzeszyńskiego. Tam mieliśmy 125-metrowe, dwupoziomowe mieszkanie z zejściem do własnego ogródka – ale to był wynik tylko i wyłącznie naszej pracy i tego, że chcieliśmy lepiej. Jedno mogę powiedzieć – z wysokości, że tak powiem swojego wieku – znacznie przyjemniejsze jest życie, jeśli się jest człowiekiem pogodnym, ciszącym się z tego, co się ma.

Dziękuję państwu Ho. za rozmowę!

Wszystkie zdjęcia w tym wpisie zrobił Patryk Wiśniewski – dzięki Patryk!

Patryk_Wiśniewski
foto:Patryk_Wiśniewski

Jedyna taka

Czy ktoś to w ogóle zaprojektował? Bloki – prostokątne, bardzo duże pudełka, nie do odróżnienia. Zbudowane z prefabrykatów. Gdyby było jak przetransportować je z fabryk w całości, schodziłyby z taśmy jeden po drugim – bez zabawy w dopasowywanie elementów na placu budowy.

Ale czasem zdarza się, że idziesz, patrzysz w niebo i widzisz – jedyny w swoim rodzaju, blok-prototyp, który nie wszedł do produkcji masowej. I wszystko staje się jasne – tak, ktoś to zaprojektował.

Te bloki mają swoje strony na Wikipedii, legendy i przezwiska. Sedesowce przy pl. Grunwaldzkim we Wrocławiu są nawet wpisane do rejestru zabytków. Remont nie jest dewastacją i zdradą brutalizmu. Choć beton elewacji świecił przez 40 lat, w oryginalnym projekcie Jadwigi Grabowskiej-Hawryluk domy były białe. Dachy pawilonów usługowych miała porastać trawa.foto:bloki_to_my

mebel jako ścianka

Pani Ho.: Przyjęcia były u nas po dwadzieścia parę osób. Dzisiaj się zastanawiamy: rany boskie, jak myśmy się mieścili? A jednak jakoś się mieściliśmy.

Pan Ho.: Nasze pierwsze mieszkanie na Kochanowskiego, na Piaskach, miało 36 metrów z kawałkiem. Jak dostaliśmy mieszkanie 48,7 m i do tego trzy pokoje – czyli 12 metrów więcej – mieliśmy wręcz obawy, czy będziemy w stanie to zagospodarować. Mieszkanie Mirona miało  jakieś 24 metry.

Pani Ho.: To była taka spora kawalerka, fajna.

Pan Ho.: Drzwi wejściowe miał troszkę przesunięte. Wchodziło się od razu do kuchni. Kuchnia z oknem na loggię i jeszcze z tego wykrojona łazienka. I do tego taki duży pokój, salon sypialniany. Znaczy salon – tam po prostu było wszystko.

Pani Ho.: Mieszkanie nasze i państwa Cho. były absolutnie jednakowe.

Pan Ho.: Na klatce była winda, schody, zsyp.państwo Ho. plan mieszkania

Pani Ho.: Wtedy mieszkania nie były oddawane w stanie surowym. To był standard. Można było wchodzić z meblami, jak się dostawało klucze. Kłopot polegał głównie na tym, że do tak małych mieszkań trzeba było specjalnych mebli. Jeżeli największy pokój – salon – miał 16 metrów, to łatwo sobie wyobrazić. Pamiętasz, jak kupowaliśmy kanapę? Trzeba było zdjąć bok, bo się nie mieściła w drzwiach. Moda na meblościanki spowodowana była przede wszystkim takim metrażem. Meblościanka, która stała wzdłuż ściany, do samego okna, musiała zawierać i szafę, i półki – myśmy mieli zawsze bardzo dużo książek – i najzwyklejsze rzeczy typu obrus i kuchenne sprzęty, bo kuchnia była bardzo malutka.

Pan Ho.: Łącznie z bielizną sypialnianą, bo proszę zobaczyć, ile wynosiła nasza sypialnia.

Pani Ho.: Tak, tutaj była nasza sypialnia – 6.5 metra. Tutaj stał tapczan, miał 140 cm szerokości, bo ściana do drzwi miała tylko tyle. Pod oknem była zabudowa, która pozwalała na to, żeby schować przynajmniej część bielizny pościelowej. No, trzeba mieć coś na zmianę. A z tej strony był grzejnik, więc też już nic nie można było zrobić. A więc ta meblościanka musiała pomieścić wszystko. Stąd zapotrzebowanie na takie meble było ogromne. Istniała forma zapisów. Co jakiś czas trzeba się było dowiadywać. Pamiętam, że na naszą czekaliśmy około trzech miesięcy; wtedy już wchodziły te takie trochę lepsze.mebloscianka

Pan Ho.: Bo w pierwszym mieszkaniu na Kochanowskiego mieliśmy z Wyszkowskiej Fabryki Mebli. To był typowy taki regał.

Pani Ho.: A to, co zamówiliśmy na Lizbońską już było trochę lepsze. Była taka ładna okleina meblowa, lekko błyszcząca, lepsze wykończenie, ładne szafki, łącznie z barkiem – no bo jakieś butelki i kieliszki też musiały gdzieś stać.

Pan Ho.: Problem bywał z ustawieniem, dlatego że ściany się niekoniecznie trzymały kąt prosty.

Pani Ho.: Meble trzeba było nie raz przycinać na skos, do ściany – bo nie przejmowano się tym wtedy. Nie wspomnę o ścianach, które były jak tarka – można było kartofle trzeć na ścianie. Wracając do mebli; rzeczywiście na ładniejsze meble zapotrzebowanie było bardzo duże. Łatwiej było z tymi meblami drobniejszymi, pamiętasz? Stół też udało się dostać, niski…

Pan Ho.: tak zwana ława podnoszona

Pani Ho.: …miała taka korbkę fajną, rozsuwały się takie dwie łapki i ten blat jechał do góry, potem się rozciągał i był taki, że hej! Można było talerze postawić, kiedy przychodzili goście. Krzeseł tylko praktycznie nie było takich normalnych, więc jak robiliśmy przyjęcie, to czasami sąsiedzi z dołu nam pożyczali. Życie sąsiedzkie wtedy kwitło.

Pan Ho.: Czasami się między dwoma krzesłami deskę do prasowania kładło, kocem się owinęło i siedzi się na tym.

***

A tu Białoszewski o Pani Cho. i pożyczaniu krzeseł:

„Do windy wsiadło dziecko tych drugich sąsiadów, nie wiedziałem, że mają. I matka. Młoda. Myślę sobie

– Och, jaka niemówiąca, delikatna, wąskie oczy, ciemna, bizantyjska, Madonna.

Jedziemy windą, ona w połowie drogi przemienia się nagle

– U pana jest woda? Bo u mnie nie ma.

– Nie ma ciepłej.

– U mnie nie ma żadnej cały dzień. – jest dopiero południe. – Co to jest, muszę iść do administracji.

Wysiadłem, myślę sobie

– Zupełnie nie madonna, i mowa trochę peryferyjna.

Mówię potem Tadziowi

– Bizancjum, ale peryferyjne, chociaż i Bizancjum musiało mieć przedmieścia. Zapomina się o tym. Ale mogłaby być cesarzową Teodorą.

– Zdążyłaby?

– Zdążyła.(…)

Przyszedł Le. Zapukano. Pan Julian otworzył. Głos kobiecy.

– Mogę rozmawiać z gospodarzem tego mieszkania?

Le. do drzwi. Sąsiadka, ta, co zdąży być jeszcze cesarzową bizantyjska, choć pochodzi z przedmieścia.

– Może pan mi pożyczyć ze dwa krzesła, bo przyszli goście i nie mam ich na czym posadzić?

– Mam tylko dwa krzesła. Nie mogę pożyczyć, dziś dzień przyjęć, wtorek. Nie ma krzeseł. Wtorek przyjęcia.”

Miron Białoszewski, Chamowo, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2009, strony: 22 i 36.

Bardzo dziękuję państwu Ho. za rozmowę!

Tu można przeczytać wcześniejszy fragment: pozdrowienia zza ściany

fot. Krzysztof Jabłoński, Wyszkowska Fabryka Mebli

pozdrowienia zza ściany

Pan Ho.: To było tak: dowiedzieliśmy się, który blok będzie nasz i przychodziliśmy na budowę. Jeszcze Trasa Łazienkowska była rozkopana, w budowie. Po jakichś krawężnikach, zakosami się szło do tego bloku, żeby nie utopić się w błocie. Marzec był, przed Wielkanocą, a klucze dostaliśmy i przeprowadziliśmy się w maju 1975.

Pani Ho.: Tam kapusta wcześniej rosła przecież. No i dwadzieścia lat tam mieszkaliśmy na 9 piętrze. Były trzy mieszkania: 61 – nasze, 62 – Mirona, i 63 – państwa Cho. Z tytułu tej małej klatki dosyć dobrze się znaliśmy wszyscy, no bo wystarczyło mocniejsze stuknięcie drzwiami, to reszta wiedziała.

Pani Ho.: Pamiętam, jak się pierwszy raz dowiedziałam, że nasz sąsiad to jest TEN Białoszewski. Na początku nie wiedzieliśmy o tym. Ktoś przez pomyłkę zapukał do naszych drzwi i zapytał: Czy tu jest pan Białoszewski? Ja mówię: Białoszewski? Ten Białoszewski? – on wtedy bardzo dużo publikował w „Przekroju”. Krakowski teatr wystawiał jakiś jego monodram i ja tak pytałam: Czy to aby na pewno ten Białoszewski, tu u nas? Tak, poeta Białoszewski tutaj mieszka. Dopiero później jego samego poznaliśmy. Taki trochę dziwak, bardzo miły, bardzo sympatyczny – dla nas spokojny miły pan.

Pan Ho.: Mi się wydaje, że mieszkańcy Lizbońskiej w znakomitej większości mieli w nosie Białoszewskiego i to, co on pisał.http://i.wp.pl/a/f/jpeg/31503/miron10.jpeg

Pani Ho.: Sądzę, że niewielu wiedziało, że obok pisarz mieszka.

Pan Ho.: Poza tym Mirona mało kto widział, bo on wychodził po zmroku, wieczorami.

Pani Ho.: Nocami często spacerował, pracował. W dzień spał. Jak ktoś szedł na 6, czy nawet na 8 do pracy, to go nie spotykał.

Pan Ho.: Z faktu, że nie chodził dniami tylko wieczorami, wynikało, że zawsze był taki blady.

Pani Ho.: Poza tym bardzo był chory na serce. W końcu kolejny zawał go dopadł. Miał taką ziemistą cerę typowych sercowców. Do tego bardzo chętnie na czarno się ubierał. Miał taką dyżurną czarną kurtko-marynarkę i berecik z antenką. Tak się najczęściej ubierał. Nie jakiś stylowy, tylko taki klasyczny z antenką.

Pan Ho.: To przepraszam, dozorca nasz lepiej się ubierał i wyglądał, chociaż był to człowiek prosty. Miron często chodził w płaszczu paskiem zawiązanym i z tym berecikiem. Ale to nie wyglądało jakby pozował – to nie był typ demonstracyjnej abnegacji, nie. To po prostu człowiek, który miał tak bogate życie wewnętrzne. Myślę nawet, że bardziej bezwiednie niż świadomie – wszystko robił, żeby nie było go widać, żeby się go nie zauważało. W tych książkach to wszystko widać.

Pani Ho.: Tak jak my, mieszkał tam od 75 roku. No, mamy wszystkie jego książki z dedykacjami. A szczególne zaprzyjaźnienie się powstawało na samym początku. Zupełnie przypadkiem zobaczyliśmy, że przechodzą technicy i zakładają telefony, więc szybko się zapytaliśmy: Czy my możemy też? – No tak, mamy wolne numery.

Mirona widocznie nie było w domu, bo nie miał telefonu i przychodził do nas, jak potrzebował zadzwonić. I stąd taka z nami bliższa znajomość niż z innymi sąsiadami.

Pan Ho.: On praktycznie może ze dwa razy korzystał z tego telefonu, ale prawdopodobnie chodziło o komfort, że zawsze może. Dla nas to był żaden problem.

Byłem zapraszany na wtorki literackie, on organizował takie spotkania. Była herbata, czasem jakieś ciastka, czy paluszki, czasem jakaś jedna butelka wina, a siedziało osób nawet kilkanaście – głównie młodzi ludzie z uniwersytetu. Nie było tam żadnej agitacji politycznej – nigdy się nie rozmawiało o tym. Miałem tam rolę szczególną, bo nie byłem niestety znawcą literatury, czy znawcą spraw, o których oni mówią, natomiast byłem niesłychanym autorytetem technicznym dla Mirona – parę razy mu coś tam naprawiłem. On telewizora nie miał. Raz mówi: Radio nie gra – dramat – ono już od paru tygodni jest nieczynne. Nie może sobie wieczorem włączyć, a muzyki chciałby posłuchać. Ja mówię: No to pan pokaże. Tylko bezpiecznik trzeba było wymienić. Zorientowałem się o co chodzi – a elektronik ze mnie żaden, nigdy nie miałem pojęcia, tylko tak po prostu… Więc byłem po tym, przez kilka spotkań przedstawiany przez Mirona jako cudotwórca, który nawet radio potrafi naprawić. Mówił: Zobaczcie, to jest mój sąsiad, zaprzyjaźniona osoba. Na tych spotkaniach poznałem również Kazimierza Wykę. Do szkoły podstawowej i średniej chodziłem na Mazurach, ale mieliśmy takiego polonistę,  który w nas próbował zaszczepić wiedzę o literaturze. Także były takie nazwiska jak Wyka, Kot, Sandauer –jak mój polonista je wymawiał, to niemalże na baczność stawał. A potem Miron Sandauerowi tłumaczył, jakim jestem cudotwórcą, bo nawet radio potrafię naprawić. To się żyje na takich śmiesznych peryferiach historii. To były świętości dla ludzi zajmujących się literaturą w owym czasie, a tutaj ja byłem stawiany, przedstawiany im jako cudotwórca.

Pani Ho.: A tu już jest dedykacja z 81 roku. Miron bardzo sobie cenił widok na Trasę. Oddzielała nas od trasy szkoła – Zespół Łączności – który zresztą tam jest do dzisiaj. I ten zespół szkół miał za płotem posadzone mnóstwo topoli. I my z tego 9 piętra, jak patrzyliśmy w dół, to czubki tych topoli widzieliśmy. To był taki ładny widok, dużo zieleni. On to bardzo lubił i ciągle pisał o tych topolach.

foto:bloki_to_my

Bardzo dziękuję państwu Ho. za rozmowę!

Dalsze jej części będziemy publikować w kolejnych wpisach.

A tu Białoszewski o topolach:

Wracałem spod swojego mostku na skrót łączką, wzdłuż topól. Jest tu ścieżka. Topól cały rząd. Idzie się w zapachach, w cieniu, jak na wsi. Ludzie, ci nowi, ci my, ośmielili się, już chodzą tędy z psami, z dziećmi, a nawet widziałem panią w kostiumie kąpielowym. To nasza łączka, nasza wieś. A nas w tym domu dużo. Ze sześćset, a może z osiemset. I tylko my jesteśmy z Lizbońskiej. Lizbońska 2. Lizbońskiej 1 nie ma i nie będzie, nigdy, bo po  nieparzystej stronie tyły szkoły, z piłką, z chłopakami.

Gorąc.

Miron Białoszewski, Chamowo,

Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2009, s. 14

Szkolni towarzysze

Jeżeli wychowaliście się na blokach i tam chodziliście do szkoły, to jest bardzo prawdopodobne, że wyglądała ona tak samo jak moja.

foto:bloki_to_my  szkoła podstawowa na Piaskach

Integralną częścią osiedli budowanych do połowy lat ’60 są szkoły wykonane według jednego planu – planu budowy 1000 szkół na tysiąclecie państwa polskiego. Może dziwić, że bardzo świeckie władze PRL postanowiły uczcić tysięczną rocznicę chrztu Polski, ale tak właśnie było.

Przez 7 lat, od 1959 do 1966, cała Polska ogarnięta była patriotyczno-społeczną gorączką budowy nowych placówek oświatowych. Pomysł rzucił Władysław Gomułka, a ludzie poszli za nim. Duża część budżetu przedsięwzięcia pochodziła ze składek społecznych. Wszyscy rozumieli, że szkół naprawdę jest za mało (w 1961 roku na każdą salę przypadało 74 uczniów). Każdy liczył, że ta inwestycja, jak żadna inna, w przyszłości przyniesie tylko korzyści.

I tak, w całej Polsce powstało nie 1000, a 1417 szkół, podobnych do siebie jak dwa bloki. Prosty, dwu- lub trzypiętrowy podłużny klocek, za nim mniejszy skrywający salę gimnastyczną i łącznik – czyli korytarz łączący oba elementy. Tylko w nomenklaturze zdarzały się różnice. Na hasło „idziemy na wybieg!” koledzy z drugiej tysiąclatki, do której chodziłam, mówili „gdzie?”

szkoła podstawowa na Służewcu  szkoła podstawowa na Służewcu

 

Bramki z plecaków

-Dzieciaki z naszego bloku grały na małym boisku tuż przed oknami. Znaczy, to był po prostu duży trawnik, bramki robiliśmy z plecaków – opowiada Łysy, rocznik 81. Zapytaliśmy go o czasy, kiedy chodził do podstawówki, mieszkał pod adresem aleja Waszyngtona 33, a nikt jeszcze nie przypuszczał, że brzegi pobliskiego jeziorka Balaton zostaną zabudowane.

foto:bloki_to_my

-W więcej osób chodziliśmy grać na duże boisko na górce, przez mostek się szło. Jak ktoś za mocno kopnął piłkę, to lądowała w kanałku. Trzeba było rzucać kamieniami, patykami, czy co tam było pod ręką, żeby dobiła do brzegu. W zimie zjeżdżaliśmy z tej samej górki na sankach, a w zasadzie zwykle na kartonach – braliśmy je z pawilonu, po drugiej stronie bloku.

Blok Łysego jest duży. -Tak, 11 pięter, 5 czy 7 klatek, ja mieszkałem w ostatniej. Obok stoi punktowiec i dalej jeszcze kilka bloków. Dużo dzieciaków. Wszyscy się znaliśmy, pół dnia razem w szkole na Zbaraskiej, a po południu na podwórko. Wszyscy równo – syn lekarza z synem listonosza ramię w ramię konstruowali bączki z zakrętek po wódce.

Różnica między sąsiadami była w zasadzie jedna, ale istotna. Jedna połowa mieszkańców bloku miała balkony wychodzące na wschód, czyli na wyasfaltowany taras, pawilon usługowy i identyczny blok na przeciwko. Druga połowa miała balkony na zachód. -Z okna na 7. piętrze widziałem błonia kamionkowskie, park Skaryszewski i Pałac Kultury – mówi Łysy, który dawno wyniósł się daleko na Zachód – wtedy tego widoku nie doceniałem.foto:bloki_to_my