BETONIA

540 stron. Twarda oprawa. Ogrom pracy zrywający czapki z głów. Jeśli szukasz przewodnika po świecie z wielkiej płyty, to właśnie go znalazłaś. Betonia – książka jak blok. Krzyżują się tu drogi architektów, budowlańców, polityków i wszystkich nas, którzy oswajali wilekopłytową przestrzeń, kładąc przed drzwiami jak najfajniejszą wycieraczkę. Beata Chomątowska uwzględnia wszystkie perspektywy. Rozumie, że o bloku równie kompetentnie opowie pracownik biura architektonicznego, co pani z trzeciego piętra – ta z upierdliwym jamnikiem. To jest polifonia. Bibliografia pęka w szwach. Stenogramy z plenum KC sąsiadują z prywatnymi wspomnieniami architektów i opracowaniami socjologów. Jeżeli ktoś chce się fachowo podszkolić, w Betonii jest mnóstwo podpowiedzi, po jakie teksty sięgać.

W blokach jest coś niesamowitego. Ich znaczenie polega nie tylko na zdominowaniu przestrzeni tak wielu z naszych miast. Każda z tych mniej lub bardziej wygodnych maszyn do mieszkania jest efektem kolektywnego wysiłku i współpracy armii osób. Betonia uświadamia, jak wiele czynników musiało współwystąpić, by projekt modernistyczny mógł się urzeczywistnić. Jak daleka droga została przebyta od pierwszych manifestów do fabryki domów na Wyczółkach. Tej historii nie można opowiedzieć w oderwaniu od realiów lat, w których się rozgrywała. Dach mrówkowca to świetny punkt obserwacyjny i jak na dłoni widać ekonomię niedoboru krajów zza żelaznej kurtyny oraz zachodnią logikę kalkulacji zysku. Fakt, że bloki z wielkiej płyty zdominowały krajobraz po obu stronach muru berlińskiego, pokazuje wspólną cechę antagonistycznych systemów politycznych – zapotrzebowanie na tanie masowe mieszkalnictwo. „Ta-cy sa-mi / a ściana między nami”*

Betonia jest zilustrowana fantastycznymi fotografiami Krzysztofa Skłodowskiego

Beata Chomątowska napisała książkę bezkompromisową – nie rezygnując z żadnych osiedlowych wątków. Autorka nie tylko pyta o rodowód i przyszłość bloków, ale stara się na każde pytanie udzielić odpowiedzi. Stąd główny mankament książki – jej rozmiar. W jednym ręku nie utrzymasz, więc czytanie w zatłoczonym autobusie odpada.

* to oczywiście „Tacy sami” Lady Pank. Tekst napisał Jacek Skubikowski

 

BLOK „U”

Najwyższe bloki we Francji. Pierwsze drapacze chmur, wybudowane na obrzeżach Paryża – pięć wież po piętnaście pięter. W każdej winda. W każdym mieszkaniu łazienka. Prefabrykaty, ogrody, galerie, by poruszać się po osiedlu suchą nogą nawet podczas deszczu. Wybudowane w 1932 roku osiedle Cité de la Muette zebrało bardzo dobre recenzje wśród krytyków architektury. Przewodnicy oprowadzali wycieczki po tych blokach na odludziu. Teraz okolicę szczelnie wypełniają podmiejskie zabudowania. Wieże dawno zostały zburzone, ze względu na zły stan techniczny. Z całego kompleksu zachował się tylko niewysoki budynek w kształcie litery „U”. On ciągle stoi, ale nie jako pomnik pamięci ofiar Holokaustu. W budynku „U” po prostu mieszkają ludzie. Wycieczki ciągle tu przyjeżdżają. Jesteśmy w Drancy. drancy:całość

„- Zna pani historię domu, w którym pani mieszka?

– Tak, trochę. Czuję się jej częścią.”*

Pani mieszka w bloku „U”, gdzie podczas drugiej wojny światowej utworzono obóz internowania. Przetrzymywano w nim głównie Żydów, nie tylko francuskich. Stąd byli deportowani do obozów zagłady.

Tak, po wojnie Cité de la Muette znów stało się osiedlem mieszkalnym. Centrum pamięci stanęło po drugiej stronie ulicy dopiero w 2005 roku. Tak, można przeczytać wiele stron o obozie w Drancy nie natknąwszy się na choćby wzmiankę o Vichy. Oprócz lekcji historii do odrobienia jest też lekcja z polityki historycznej. Bo fakty są takie, że Leonard Cohen nie zaśpiewa już o partyzantach ani z AK, ani z AL.

*rozmowa z filmu dokumentalnego „The Silenced Walls” Sabriny Van Tassel (2015).

Dziękuję M za pomoc z francuskim.

BLOKI: THE MOVIE

„Nie odczuwam specjalnej winy. Zaprojektowałam i koniec. Niestety.” Danuta Olędzka twierdzi, że nie można uchylać się od odpowiedzialności za to, co się zrobiło. A dokładnie za to, co się zaprojektowało. Ona, w zespole architektów gdańskiego osiedla Przymorze, odpowiadała za plany mieszkań.falowiec

„[Wcześniej] Mieszkaliśmy w starym budownictwie, w mieszkaniu dwupokojowym, dziewięcioosobowa rodzina. (…) Warunki mieliśmy trudne, także to mieszkanie, to po prostu dla nas pałace.” Tak o swoim mieszkaniu w Falowcu opowiada Teresa.

Paradoks samokrytycyzmu architekta i życzliwej oceny mieszkańca, jak na dłoni widać w filmie „Bloki”. Bo tu tylko modernistyczna forma jest prosta. Sama historia już nie. Czynniki polityczne, ekonomiczne i estetyczne składają się na rzeczywistość o wiele bardziej skomplikowaną niż montaż płyty stropowej. Przewodnikami po świecie domów z fabryki są architekci – ci sami, których realizacje tworzą krajobraz blokowisk. Doświadczenie życia w bloku przybliżają osoby najbardziej kompetentne – mieszkańcy z kilkudziesięcioletnim stażem. Młode pokolenie architektów i krytyków tej sztuki patrzy i ocenia dokonania mieszkaniówki PRL z zupełnie innej perspektywy – zza płotów grodzonych osiedli, z zadyszką po spłacie kolejnej raty kredytu.1000 lecie

I jest jeszcze jedna fantastyczna rzecz w filmie Konrada Królikowskiego – bloki. Piękne bloki, od przeoranego szkodami górniczymi Śląska, po szumiące Przymorze.

Do zobaczenia w KINIE!

30.11 BYDGOSZCZ

3.12 POZNAŃ

5.12 WROCŁAW

Bloki documentary from Konrad Królikowski on Vimeo.

„BLOKI”, reżyseria: Konrad Królikowski, scenariusz: Konrad Królikowski i Marta Zabłocka, zdjęcia: Konrad Królikowski, Remigiusz Pilawka, Adam Bogdan

Wszystkie zdjęcia w tym wpisie pochodzą z filmu.

punkt podparcia

Blok 7,600 ton. Rozcięli go na pół, w osi pionowej, a części rozsunęli. Jedna z lokatorek postawiła na balkonowej balustradzie szklankę z wodą. Podczas całej operacji szklanka nie drgnęła, ani kropla się nie rozlała. Bo blok rozsuwano z ludźmi w środku. Od tamtej pory mogli sobie pomachać przez ulicę. Wolna przestrzeń w miejscu, gdzie wcześniej stał budynek właśnie w ten sposób została zagospodarowana – puszczono tędy bulwar.Alba Iula_perspektywa

Takie spektakularne dokonania inżynierii zwykle są przedstawiane i postrzegane jako triumf ludzkiej woli, myśli technicznej nad naturą. Chyba, że za decyzją stoi dyktator słynący z arbitralnych decyzji, uprzykrzających życie całego społeczeństwa – wtedy przesuwanie bloku staje się kolejną bezsensowną manifestacją władzy.

Opisane przesuwanie bloku wydarzyło się wczesną wiosną 1987 roku w Rumunii – kraju od lat poddawanemu społecznym eksperymentom i represjom. Prezydent Nicolae Ceaușescu zapisał się w pamięci jako dyktator podejmujący brzemienne w skutki decyzje, niepoparte żadnymi merytorycznymi argumentami. Systematyzacja miast i wsi, dekret 770 – przy tych zarządzeniach jeden przesunięty blok przestaje wzruszać. W sumie, jak się spojrzy na plan miasta, w którym stoi – Alba Iula – powstały bulwar tworzy całkiem zgrabną oś z zabytkowym centrum. Może więc punkt wyjścia, postawienie bloku było złym pomysłem? Przesunięcie tylko naprawiło to urbanistyczne potknięcie. A może urbanista nie miał tu nic do powiedzenia, a ojciec narodu po prostu za często zmieniał zdanie? Wystarczająco często, żeby zmienić Rumunię w trudną do zdefiniowania przestrzeń, w której przestało być wiadomo, co ma sens, a co jest go całkowicie pozbawione.Alba Iuliaplan

PS Pisząc ten tekst, znalazłam stronę dokumentującą dwa tysiące lat historii miasta Alba Iula – pisaną (po angielsku) przez historyków i archeologów lokalnego uniwersytetu, zawierającą bardzo dużo starych zdjęć i opowieści: http://imagini-istorie.apulum.ro/index.php?lang=en

Liczba pokoi dowolna

Im wyżej, tym lepiej, chyba, że nie ma windy. Bez windy, nie ma co kupować nic powyżej drugiego piętra. Najlepiej pierwsze. Parter nie wchodzi w grę – na pewno przyjemnie mieć ogródek i krzaki przed oknem, do środka i tak nikt nie zagląda – ale sprzedać ciężko.

Bo kupując mieszkanie, często od razu myślimy o sprzedaży. Może to być tylko hipotetyczna sprzedaż – „jakby trzeba było się wynieść” – ale nawet ta nieplanowana i nierzeczywista, określa nasz stosunek do własnego domu, do jego wartości.

W przypadku bloków dochodzi jeszcze pytanie: wielka płyta, czy rama H? Nie mówiąc już o zawsze palącej kwestii odległości od metra,balkonu lub jego braku, strony świata na którą wychodzą okna salonu. Stąd właśnie różnice w cenie metra. Cztery pokoje na Chomiczówce: 442 000/ parter na Ursynowie: 570 000/ kawalerka na Bemowie: 223 000.

„Pamiętam, jak odbieraliśmy klucze do naszego pierwszego mieszkania – wspomina Małgorzata – pierwszego niewynajmowanego. Spotkaliśmy się z sąsiadami w jakiejś spółdzielczej kanciapie i losowaliśmy klucze. Znaczy, jako pracownikom naukowym, przysługiwał nam dodatkowy metraż, więc wiadomo było, że losujemy spośród większych mieszkań po lewej stronie klatki. Sąsiad z niepełnosprawną nogą miał zapewnione pierwsze piętro – parteru nie było, dół bloku wyjątkowo zajmowały lokale usługowe. Ale cała reszta uwarunkowań i parametrów znaczenia nie miała, mieszkania spółdzielnia oceniła jako jednakowe. Stąd metoda z losowaniem. Wszyscy musieli płacić za metr tyle samo. Nasze trzecie piętro bez windy pochłonęło tyle samo funduszy z dwóch książeczek mieszkaniowych, co sąsiada piętro niżej. To był 91 rok, rynek budowlany na chwilę przed własną transformacją. Bloki wybudowane jeszcze przez poprzedni system; trzeba przyznać, że jakoś stoją. Lubiłam tam mieszkać, chociaż córki tęskniły za ursynowskim podwórkiem.”Bloki-ceny 2

stara wichura

Była taka noc, że bardzo wiało, zupełnie jak dzisiaj. Miałam kilka lat, mieszkałam w bloku na Ursynowie i nauczyłam się właśnie słowa „huragan”. Sąsiad z dołu zabił nam okna gwoździami, bo na ostatnim piętrze wiało najbardziej. Następnego dnia była już ładna słoneczna pogoda. Poszłyśmy na zakupy, do spożywczaka na Hawajskiej. Mama mi jeszcze tłumaczyła, co i jak z tą pogodą. „Czasem jest taki wiatr, że zrywa dachy”… Rozejrzałam się dokoła. Wszystkie płaskie dachy mocno przywierały do ścian z wielkiej płyty. Nie wystawały ani troszeczkę, nie było ich praktycznie widać. Co to musi być za niewiarygodna siła? – pomyślałam.wichura

Bloki w słońcu

Na południu Warszawy jest wielkie blokowisko. Nie w jeden dzień je zbudowano, ale bardzo, bardzo szybko. „Bloki w słońcu”* to reportaż opowiadający historię powstania Ursynowa Północnego, ale przede wszystkim, książka ta jest świadectwem czasów, w których ten śmiały projekt został zrealizowany.

bloki-w-sloncu_okladka

220 hektarów, 40 000 obywateli do zakwaterowania i wymiary prefabrykatów – takie były warunki brzegowe narzucone architektom. Resztę pozostawiono ich fantazji. Konkurs rozpisany przez SARP spotkał się z ogromnym zainteresowaniem – co w ogóle nie dziwi, w końcu w Polsce lat ’70 mieliśmy już wielu specjalistów od osiedli z wielkiej płyty. Jak to się stało, że w końcu projektowanie tak dużej inwestycji powierzono zespołowi bardzo młodych architektów? Tak młodych, że dopiero robili dyplomy i zdobywali pierwsze doświadczenia zawodowe. Jak to możliwe, że po tylu dekadach słuchania zdewaluowanych socjalistycznych sloganów ci młodzi twórcy wciąż wierzyli w możliwość kształtowania człowieka przez system, odpowiednio zaplanowaną przestrzeń i socjotechnikę? Jak dogorywający aparat państwowy zdobył się na jeszcze jeden wysiłek i zagospodarował łąki i pola okalające Mokotów od Południa?

Lidia Pańków opisuje Ursynów na bardzo wielu poziomach. Bada każdy wątek, który może dopełnić złożony obraz tego organizmu współtworzonego przez architektów, betonowe płyty, mieszkańców i …ich terapeutów. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, trudno uwierzyć, że projekty dzielnicy uwzględniały lokale przeznaczone na prowadzenie terapii z mieszkańcami – ale tak właśnie było. Czytając książkę „Bloki w słońcu”, ma się wrażenie, że każdy detal był zaplanowany i przemyślany – od biegu ulic, po wzór kafli w metrze. Ursynów jawi się jako projekt totalny, a jerzyki, nurkujące w bluszcz porastający wysoką na 10 pięter ścianę, są jego integralnym elementem. W tej książce opisane jest wszystko: Co to jest pieszociąg? Jak brak telefonów wpływa na życie społeczne? Skąd się wzięła Kopa Cwila? No i gdzie podziały się drewniane wigwamy?bloki-w-soncu_plac-zabaw* Lidia Pańków „Bloki w słońcu. Mała historia Ursynowa Północnego”, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016

Szklarz, poeta, przedszkolanka

Pani Ho.: Najgorsze były te blokowiska z długimi korytarzami. U nas jednak małe klatki, trzy mieszkania na jednym piętrze – to dawało wrażenie takiej intymności. Znaliśmy sąsiadów z dalszych klatek, bo z tego bloku sześć dziewczynek chodziło do tego samego przedszkola. Potem do tej samej szkoły podstawowej poszły. Stąd te sześć rodzin znało się z konieczności. Te dziewczynki do siebie chodziły, znaliśmy rodziców, odwiedzaliśmy się, oni wpadali do nas.

Pan Ho.: Z tych sześciu dziewczynek, pięć miało na imię Agnieszka. Tylko ta, co mieszkała pod nami, nazywała się Ania. Dyrektorka przedszkola mieszkała w sąsiedniej klatce, ta która przyjmowała naszą trzylatkę do przedszkola.Patryk WiśniewskiPan Ho.: Układ lokatorów na Lizbońskiej był niesłychanie proletariacki, że się tak wyrażę. Mieszkał Miron Białoszewski i mieszkali państwo Cho. – pani o oczach jak madonna Modiglianiego, jak pisał Miron – ona była sprzątaczką, jej mąż szklarzem. My w tym czasie zajmowaliśmy kierownicze stanowiska w przemyśle lekkim. Ja kierowałem przedsiębiorstwem usług biologicznych. Żona była w tym czasie zastępcą dyrektora zakładów odzieżowych.

Pani Ho.: Byłam dyrektorem handlowym zakładów odzieżowych.

Pan Ho.: A w tej samej klatce mieszkała Figlowa, która była…

Pani Ho.: …u mnie w magazynach pracowała. A więc, pełen przekrój nieomal społeczny i wszyscy mieszkaliśmy w takich samych warunkach.

Pan Ho.: W tym bloku również mieszkał zastępca naczelnika dzielnicy. Mieszkał też późniejszy dyrektor Mera-Pnefal; ale zasadniczo na Lizbońskiej to była raczej klasa robotnicza.

Pani Ho.: W tamtych latach – wydaje mi się – jeżeli chodzi o sprawy finansowe było znacznie skromniej, natomiast życzliwość ludzi wobec siebie była znacznie większa. Ludzie wspólnie – jak nie mieli czegoś-tam, to wszyscy nie mieli; jak przyjeżdżały pomarańcze, to wszyscy mieli pomarańcze. Pieniędzy wszyscy mieliśmy mniej więcej tyle samo. Szklarz i sprzątaczka mieszkali w takim samym mieszkaniu jak my.Patryk_WiśniewskiPani Ho.: Czy to mieszkanie sprawiało nam radość? – myślę, że tak, bardzo dużą. Po pierwsze dlatego, że było własne.

Pan Ho.: Może i trzeba było zdobywać niektóre rzeczy na zapisy, ale te dzisiejsze opowieści o czarnej nocy…

Pani Ho.: Czarna noc była dla tych, którym rodzice opowiadali o super mieszkaniach przed wojną w Warszawie, dworach i pałacach.

Pan Ho.: Więc ja rozumiem tych wszystkich, którzy narzekali, bo potracili dworki na Kresach – tylko nikt nie pytał tych, którzy pracowali na rzecz tych właścicieli.

Pani Ho.: A nasze rodziny to właśnie z tych pracujących, nie posiadających. My się wychowywaliśmy w trudnych – nieporównywalnie trudniejszych czasach niż teraz. Ja się urodziłam w środku Warszawy, na Chmielnej, gdzie połowa domów była zburzona. Ojciec pracował w biurze odbudowy stolicy, to dostał pokój dla rodziny z trójką dzieci. Dla mnie nie było gdzie łóżeczka postawić, to jak matka opowiadała, dwa krzesła były zsunięte i na tym mój becik był, żebym miała gdzie w ogóle spać. Za braćmi starszymi po gruzach latałam. Jak człowiek się wychowuje w takich warunkach, to wszystko, co się zdobywa w życiu, przynosi dużo radości.

Pan Ho.: Moi przyjechali z terenów dzisiejszej Białorusi, z Kresów. Nie mieszkali tam ani w pałacu, ani we dworku. Przyjechali, bo tu była Polska. Urodziłem się w domu, w którym prądu nie było. We wsi dwa kilometry dalej był już prąd. Dopiero jak miałem 5 lat, zacząłem w mieście mieszkać i prąd elektryczny miałem – a nie jestem taki stary, mam 69 lat.

Pani Ho.: Wieś poniemiecka, bo to były te tereny.

Pan Ho.: Moja córka w wieku 14 lat pytała nas, czy to prawda, że kiedyś były tylko czarno-białe telewizory, to jak ja miałem jej wytłumaczyć, co to jest lampa naftowa?

Pani Ho: No, ja miałam 13 lat, jak rodzice kupili pierwszy telewizor. Nazywał się „Belweder”. Do 13 roku życia wychowywałam się bez telewizora.

Pan Ho.: A ja swoim rodzicom telewizor kupiłem z pierwszej pensji.

Pani Ho.: Stąd też nas to mieszkanie cieszyło. Chociaż robiliśmy wszystko, żeby mieć lepsze. Przeprowadziliśmy się z Lizbońskiej na Lotaryńską – to jest przedłużenie Lizbońskiej, bliżej Wału Miedzeszyńskiego. Tam mieliśmy 125-metrowe, dwupoziomowe mieszkanie z zejściem do własnego ogródka – ale to był wynik tylko i wyłącznie naszej pracy i tego, że chcieliśmy lepiej. Jedno mogę powiedzieć – z wysokości, że tak powiem swojego wieku – znacznie przyjemniejsze jest życie, jeśli się jest człowiekiem pogodnym, ciszącym się z tego, co się ma.

Dziękuję państwu Ho. za rozmowę!

Wszystkie zdjęcia w tym wpisie zrobił Patryk Wiśniewski – dzięki Patryk!

Patryk_Wiśniewski
foto:Patryk_Wiśniewski

Jedyna taka

Czy ktoś to w ogóle zaprojektował? Bloki – prostokątne, bardzo duże pudełka, nie do odróżnienia. Zbudowane z prefabrykatów. Gdyby było jak przetransportować je z fabryk w całości, schodziłyby z taśmy jeden po drugim – bez zabawy w dopasowywanie elementów na placu budowy.

Ale czasem zdarza się, że idziesz, patrzysz w niebo i widzisz – jedyny w swoim rodzaju, blok-prototyp, który nie wszedł do produkcji masowej. I wszystko staje się jasne – tak, ktoś to zaprojektował.

Te bloki mają swoje strony na Wikipedii, legendy i przezwiska. Sedesowce przy pl. Grunwaldzkim we Wrocławiu są nawet wpisane do rejestru zabytków. Remont nie jest dewastacją i zdradą brutalizmu. Choć beton elewacji świecił przez 40 lat, w oryginalnym projekcie Jadwigi Grabowskiej-Hawryluk domy były białe. Dachy pawilonów usługowych miała porastać trawa.foto:bloki_to_my

mebel jako ścianka

Pani Ho.: Przyjęcia były u nas po dwadzieścia parę osób. Dzisiaj się zastanawiamy: rany boskie, jak myśmy się mieścili? A jednak jakoś się mieściliśmy.

Pan Ho.: Nasze pierwsze mieszkanie na Kochanowskiego, na Piaskach, miało 36 metrów z kawałkiem. Jak dostaliśmy mieszkanie 48,7 m i do tego trzy pokoje – czyli 12 metrów więcej – mieliśmy wręcz obawy, czy będziemy w stanie to zagospodarować. Mieszkanie Mirona miało  jakieś 24 metry.

Pani Ho.: To była taka spora kawalerka, fajna.

Pan Ho.: Drzwi wejściowe miał troszkę przesunięte. Wchodziło się od razu do kuchni. Kuchnia z oknem na loggię i jeszcze z tego wykrojona łazienka. I do tego taki duży pokój, salon sypialniany. Znaczy salon – tam po prostu było wszystko.

Pani Ho.: Mieszkanie nasze i państwa Cho. były absolutnie jednakowe.

Pan Ho.: Na klatce była winda, schody, zsyp.państwo Ho. plan mieszkania

Pani Ho.: Wtedy mieszkania nie były oddawane w stanie surowym. To był standard. Można było wchodzić z meblami, jak się dostawało klucze. Kłopot polegał głównie na tym, że do tak małych mieszkań trzeba było specjalnych mebli. Jeżeli największy pokój – salon – miał 16 metrów, to łatwo sobie wyobrazić. Pamiętasz, jak kupowaliśmy kanapę? Trzeba było zdjąć bok, bo się nie mieściła w drzwiach. Moda na meblościanki spowodowana była przede wszystkim takim metrażem. Meblościanka, która stała wzdłuż ściany, do samego okna, musiała zawierać i szafę, i półki – myśmy mieli zawsze bardzo dużo książek – i najzwyklejsze rzeczy typu obrus i kuchenne sprzęty, bo kuchnia była bardzo malutka.

Pan Ho.: Łącznie z bielizną sypialnianą, bo proszę zobaczyć, ile wynosiła nasza sypialnia.

Pani Ho.: Tak, tutaj była nasza sypialnia – 6.5 metra. Tutaj stał tapczan, miał 140 cm szerokości, bo ściana do drzwi miała tylko tyle. Pod oknem była zabudowa, która pozwalała na to, żeby schować przynajmniej część bielizny pościelowej. No, trzeba mieć coś na zmianę. A z tej strony był grzejnik, więc też już nic nie można było zrobić. A więc ta meblościanka musiała pomieścić wszystko. Stąd zapotrzebowanie na takie meble było ogromne. Istniała forma zapisów. Co jakiś czas trzeba się było dowiadywać. Pamiętam, że na naszą czekaliśmy około trzech miesięcy; wtedy już wchodziły te takie trochę lepsze.mebloscianka

Pan Ho.: Bo w pierwszym mieszkaniu na Kochanowskiego mieliśmy z Wyszkowskiej Fabryki Mebli. To był typowy taki regał.

Pani Ho.: A to, co zamówiliśmy na Lizbońską już było trochę lepsze. Była taka ładna okleina meblowa, lekko błyszcząca, lepsze wykończenie, ładne szafki, łącznie z barkiem – no bo jakieś butelki i kieliszki też musiały gdzieś stać.

Pan Ho.: Problem bywał z ustawieniem, dlatego że ściany się niekoniecznie trzymały kąt prosty.

Pani Ho.: Meble trzeba było nie raz przycinać na skos, do ściany – bo nie przejmowano się tym wtedy. Nie wspomnę o ścianach, które były jak tarka – można było kartofle trzeć na ścianie. Wracając do mebli; rzeczywiście na ładniejsze meble zapotrzebowanie było bardzo duże. Łatwiej było z tymi meblami drobniejszymi, pamiętasz? Stół też udało się dostać, niski…

Pan Ho.: tak zwana ława podnoszona

Pani Ho.: …miała taka korbkę fajną, rozsuwały się takie dwie łapki i ten blat jechał do góry, potem się rozciągał i był taki, że hej! Można było talerze postawić, kiedy przychodzili goście. Krzeseł tylko praktycznie nie było takich normalnych, więc jak robiliśmy przyjęcie, to czasami sąsiedzi z dołu nam pożyczali. Życie sąsiedzkie wtedy kwitło.

Pan Ho.: Czasami się między dwoma krzesłami deskę do prasowania kładło, kocem się owinęło i siedzi się na tym.

***

A tu Białoszewski o Pani Cho. i pożyczaniu krzeseł:

„Do windy wsiadło dziecko tych drugich sąsiadów, nie wiedziałem, że mają. I matka. Młoda. Myślę sobie

– Och, jaka niemówiąca, delikatna, wąskie oczy, ciemna, bizantyjska, Madonna.

Jedziemy windą, ona w połowie drogi przemienia się nagle

– U pana jest woda? Bo u mnie nie ma.

– Nie ma ciepłej.

– U mnie nie ma żadnej cały dzień. – jest dopiero południe. – Co to jest, muszę iść do administracji.

Wysiadłem, myślę sobie

– Zupełnie nie madonna, i mowa trochę peryferyjna.

Mówię potem Tadziowi

– Bizancjum, ale peryferyjne, chociaż i Bizancjum musiało mieć przedmieścia. Zapomina się o tym. Ale mogłaby być cesarzową Teodorą.

– Zdążyłaby?

– Zdążyła.(…)

Przyszedł Le. Zapukano. Pan Julian otworzył. Głos kobiecy.

– Mogę rozmawiać z gospodarzem tego mieszkania?

Le. do drzwi. Sąsiadka, ta, co zdąży być jeszcze cesarzową bizantyjska, choć pochodzi z przedmieścia.

– Może pan mi pożyczyć ze dwa krzesła, bo przyszli goście i nie mam ich na czym posadzić?

– Mam tylko dwa krzesła. Nie mogę pożyczyć, dziś dzień przyjęć, wtorek. Nie ma krzeseł. Wtorek przyjęcia.”

Miron Białoszewski, Chamowo, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2009, strony: 22 i 36.

Bardzo dziękuję państwu Ho. za rozmowę!

Tu można przeczytać wcześniejszy fragment: pozdrowienia zza ściany

fot. Krzysztof Jabłoński, Wyszkowska Fabryka Mebli